Celebryci do Brukseli

Wybory do Parlamentu Europejskiego nie cieszą się wysoką frekwencją w Polsce. System wyborczy sprawia, że podział mandatów odbywa się najpierw na poziomie całego kraju, a dopiero później poszczególnych okręgów wyborczych. Istnieje więc możliwość, że dany okręg nie będzie miał ani jednego przedstawiciela w PE. Stąd też partiom politycznym zależy na jak największej frekwencji wyborczej. Lekiem na brak zainteresowania wyborami wśród Polaków  mają być znane osobistości.

Większość Polaków nie interesuje się w ogóle polityką. Są znudzeni tymi samymi twarzami, pojawiającymi się od lat w programach publicystycznych i informacyjnych. Pamiętają wszystkie niespełnione obietnice, które powracają i rodzą się na nowo wraz z kolejnymi wyborami. Oddając głosy wybierają mniejsze zło, bo „przecież i tak ktoś musi rządzić”. Potem jak zwykle przychodzi rozczarowanie.

Jest też spora grupa ludzi o niższym wykształceniu, z mniejszych miasteczek, która do polityki podchodzi w sposób tabloidowy. Przedstawiciel tejże grupy przeczyta w „Super Expressie”, że Jarosław Kaczyński jest miłośnikiem kotów, po czym dojdzie do wniosku, że z tego prezesa to fajny gość. Gdzie indziej dowie się, że Donald Tusk jest zapalonym piłkarzem, grającym z numerem „10” na koszulce, natomiast Ryszard Kalisz to taki miły, przytulny miś, kochający wszystkie kobiety. Tabloidowemu umysłowi niepotrzebna jest znajomość poglądów kandydata czy jego przynależność partyjna. Taka mentalność gloryfikuje kicz, infantylność i bezwartościową medialną papkę. Wybory są jak „Taniec z gwiazdami” – wygra nie utalentowany zawodnik, a najbardziej znany celebryta.

Co z tą lewicą (i prawymi prostymi)?

Entuzjaści pomysłu zaangażowania znanych postaci w politykę mówią o „powiewie świeżości”, który nastąpi wraz z ich wyborczymi sukcesami. Mają wprowadzić nową jakość, inną od tej znanej z korytarzy na Wiejskiej. Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta i historyk, bronił list wykazu kandydatów lewicowych partii – SLD i Europy Plus mówiąc o „pięknym i radosnym widowisku” (miał na myśli ich prezentację). Czy jednak za porywającym show stoją jakiekolwiek wartości i idee? Mimo że tabloidowi wyborcy ich nie potrzebują, to może w kandydatach tkwi mocno zakorzeniona lewicowa dusza, która czeka na właściwy moment, by pokazać się całej Polsce?

Maciej Żurawski, była gwiazda Wisły Kraków, w wywiadzie z „Przeglądem Sportowym” mówił o swoich poglądach, m.in.:  tolerancji dla związków homoseksualnych, zgodzie na posiadanie niewielkich ilości marihuany, sprzeciwie wobec kary śmierci, zachowaniu obecnego prawa aborcyjnego i przeniesieniu religii ze szkół do kościołów. Słowa brzmią pięknie, niestety nie stoi za nimi jakiekolwiek doświadczenie polityczne. „Żuraw” nigdy w swojej piłkarskiej karierze nie miał styczności z polityką, nie angażował się, nie wypowiadał, nie brał udziału w żadnych społeczno-politycznych akcjach. Po zawieszeniu butów na kołku nie wyszedł mu biznes i nie odnajduje się w pracy skauta w Wiśle. Propozycja SLD to dla niego wybawienie i możliwość zarobienia paru euro. Fakt, że potencjalny kibicowski elektorat jest skrajnie antykomunistyczny i najchętniej zdelegalizowałby Sojusz, jakoś nie daje do myślenia Żurawskiemu. Pozostaje liczyć na głosy wspomnianych mniej zaangażowanych…

Podobnie ma się sytuacja z kandydującą z listy koalicji Europy Plus i Twojego Ruchu Izabellą Pyżalską-Łukomską. Znana z tego, że zarządzana przez nią Warta Poznań miała już grać w Ekstraklasie, gdy nagle pani prezes uświadomiła sobie, że jej na to nie stać, więc Warta popłynęła, ale do drugiej ligi . Trzeba jednak przyznać, że kilkanaście lat temu naprawdę dobrze wyglądała na okładce Playboya (Pyżalska-Łukomska, nie Warta…). Teraz, zachęcona parytetem na listach Twojego Ruchu, postanowiła kandydować do Parlamentu Europejskiego. Wcześniej starała się dostać do zarządu PZPN, niestety bezskutecznie. O jej poglądach nie wiemy nic, poza tym, że chce być przedstawicielką Poznania w Brukseli i działać w komisji prorodzinnej. Tylko tyle albo aż tyle.

Zapewne lewicowe partie pozostałyby liderami wśród rekrutowaniu celebrytów, gdyby nie hit, który zafundował opinii publicznej Zbigniew Ziobro. Niecały miesiąc po porażce z Wiaczesławem Głazkowem, Tomasz Adamek decyduje się na walkę o Parlament Europejski, w barwach Solidarnej Polski. Przed starciem w Bethlehem mówił: „Moim celem jest kolejne starcie o mistrzostwo świata. Chcę walczyć z Władymirem Kliczką”. Jak widać plany szybko uległy zmianie. Zamiast pojedynku z utytułowanym Ukraińcem, Adamkowi pozostają boje o politykę prorodzinną, promowanie wiary i leczenie homoseksualistów w Europie. Czy Ziobro w narożniku i prawe proste ex-boksera (?) wystarczą, by zdobyć upragniony mandat? W polityce jak w sporcie – szanse zawsze są. Pytanie tylko, ilu wyborców zaryzykuje i będzie chciało postawić pieniądze krzyżyk przy nazwisku Adamka?

Mężowie stanu umierają

Można śmiało stwierdzić, że te znane osobistości (wyłączając może feministkę Szczukę i nieprzepadającą za papieżem Wójcik) mogłyby kandydować z listy jakiejkolwiek partii. PO, PiS, SLD, PSL, Twój Ruch – nie ma to znaczenia. Wątpliwe jest, że którykolwiek z kandydatów poświęcił trochę czasu na przeczytanie programu konkurencji. Wówczas mogłoby się okazać, że plan dotyczący wsparcia małych i średnich przedsiębiorstw (o których mówi Palikot i za którymi optuje Pyżalska-Łukomska) jest całkiem podobny do tego, który oferuje niewielkim polskim firmom Prawo i Sprawiedliwość. Przynależność do partii zależy wyłącznie od numerka na liście i obiecanych tysięcy euro w Brukseli.

Polska nie ma obecnie ani jednego męża stanu, czyli wybitnego polityka cieszącego się niepodważalnym autorytetem. Część publicystów nadaje taki przydomek zmarłemu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, dla innych na ten tytuł zasługiwał Tadeusz Mazowiecki. Wszystkie te opinie są jednak niezwykle podzielone, tak samo jak podzielona jest Polska na liberałów, konserwatystów i masę niezaangażowaną. Żaden polityk nie scala nas w jedną całość. Wiąże się to z drastycznie niskim poziomem zaufania do tego zawodu, utrzymującym się od wielu lat. Dlatego zaprasza się do wyborów osoby powszechnie znane, które w innych dziedzinach życia osiągały mniejsze lub większe sukcesy. Czy potrafią one przenieść zwycięstwa z boisk na parlamentarne mównice? Szczerze wątpię.

Przemysław Siwko

Dodaj komentarz