O (jazz)ZOMBIE pełnym energii!

Niedzielny wieczór zazwyczaj nie budzi dobrych skojarzeń. Dla wrocławian zgromadzonych wieczorem, 23 marca, w klubie ETER na koncercie kończącym wspólną trasę „Jazzomb!e” formacji Lao Che & Pink Freud, ta owiana złą sławą pora miała szansę stać się jednak choć odrobinę lepsza… Czy szansa ta została należycie wykorzystana?

Pierwszy zespół – Pink Freud – nie zwlekał długo z pojawieniem się na scenie. Muzycy nie potrzebowali również dużo czasu, by porwać publiczność. Tu słowo wyjaśnienia – skład PF , owszem, gra jazz, robi to jednak w sposób nietypowy i nadzwyczaj energetyczny. Jak powiedział w jednym z wywiadów Wojtek Mazolewski, „[Pink Freud] jest najbardziej rock’n’rollową kapelą jazzową”* – i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości! Szybsze kawałki (jak G-Spot) przeplatały się z tymi bardziej melancholijnymi (Diamond Way), tworząc jednak spójną całość. Po godzinie zespół w blasku chwały zszedł ze sceny, a już po kilkunastu minutach publiczność usłyszała ich słynnych zmienników – Lao Che. Sądząc po burzy braw, to właśnie głównie z myślą o tym zespole publiczność tak licznie zebrała się tego wieczoru. Spięty i jego kompani jak zwykle postarali się, aby ich występ nie był jedynie odtworzeniem utworów z kolejnych płyt, ale zupełnie innym, inspirującym dziełem. Artyści sięgali przede wszystkim po kawałki z nowszych krążków, nie zabrakło więc Dymu czy Jestem psem. Zaskoczył Prąd stały/prąd zmienny – we wzbogaconej o nowe instrumenty wersji jeszcze smutniejszy… a nawet wzruszający. I tu ciekawostka: przeglądając materiały zamieszczone chociażby na youtube, można zauważyć, że proces twórczy jeszcze się nie zakończył – wersje piosenek w poszczególnych miastach różnią się od siebie. Prawdziwa muzyka na żywo! 🙂 Dla Wrocławian nie zabrakło zresztą prezentu specjalnego w postaci rapowanej wersji Jezu jak się cieszę autorstwa urodzonego w naszym pięknym mieście Lecha Janerki.

W końcu przyszedł jednak czas na największą niespodziankę wieczoru, czyli występ Jazzomb!e – tajemniczego zespołu utworzonego w wyniku połączenia obu formacji. Czego można spodziewać się po spotkaniu twórców z gatunku bardzo szybkiego jazzu i zespołu crossoverowego? Prawdziwej eksplozji dźwięków! Już sama liczebność muzyków na scenie mogła zawrócić w głowie – jeden grał na saksofonie, inny na klawiszach, gitarze, basie, był i śpiew, i rap… Dużo, głośno i przede wszystkim radośnie – bo granie razem sprawia chłopakom  ogromną frajdę, co po prostu słychać. Nie było jednak mowy o chaosie, bo każdy z artystów w swojej dziedzinie jest mistrzem i wie, jak współpracować z resztą. Widownia usłyszeć mogła nowy, skomponowany specjalnie na potrzeby trasy utwór, a oprócz tego –„bogatsze” i jeszcze bardziej zwariowane kawałki Koli, poprzednika Lao Che. Była więc i Kukurydza (ach te imponujące skoki Spiętego!) i bardziej melancholijny Tingel Tangiel. W pamięci pozostanie też  wyjątkowo nastrojowa interpretacja tekstu Władysława Broniewskiego Bar pod Zdechłym Psem. Sądząc po entuzjastycznej reakcji publiczności – płyty Jazzomb!e tego dnia sprzedałyby się błyskawiczne. Czy istnieje szansa na takie wydanie? Jak zapowiada Spięty, ambicje są nawet większe: „Stworzymy nowy gatunek!”*.

Po występie w ETERZE pozostaje tylko mieć nadzieję na kolejne, zaskakujące koncerty tego fenomenalnego zespołu we Wrocławiu! A dla tych bardziej niecierpliwych: najbliższy koncert Pink Freud już 10 kwietnia w ramach festiwalu Jazz nad Odrą.

*Cytaty muzyków pochodzą z wywiadu przeprowadzonego przez portal www.vice.com

Margotka

Dodaj komentarz