Przeczytaj cały wywiad z Marcinem Mellerem – Wywiady z Szuflady!

Michał Panacheda: Panie Marcinie, proszę opowiedzieć, o czym jest Pana nowy wolumin „Między wariatami”?
Marcin Meller: „Między wariatami” to kombinacja trzech rodzajów tekstów. Znajdziemy w książce reportaże z lat 90. i z początku dwudziestego pierwszego wieku. Przeróżne teksty od reportaży wojennych z Afryki, Kaukazu, byłej Jugosławii, przez historie obyczajowe zarówno z Iranu, jak i z Polski oraz jeszcze paru miejsc na świecie. Do tego są felietony z lat ostatnich i teksty, które napisałem parę miesięcy temu, latem tego roku. Nazywam je gawędami dygresyjnymi – są to opowieści o kulisach dziennikarskich, trochę o powstawaniu różnych reportaży oraz o klimatach studenckich. Ponadto opowieści o znajomych bądź o tym, jak gdzieś w Afryce próbowałem nie do końca legalnie przedostawać się z miejsca na miejsce. Wszystko to razem jest ułożone w pięć części. Tak żeby klimat się zmieniał – najpierw wojna, później, żeby było lirycznie, trochę o latach 80. na starym mieście, a potem znowu są jakieś teksty przygodowe.

Czyli jest to taki „rollercoaster” książkowy? Podobnie jak Pana poprzednia książka „Gaumardżos”, gdzie rozdziały o nucie tragicznej przeplatają się ze śmiesznymi?
W „Między wariatami” też odnajdziemy zmienne klimaty, w tym przypadku chodziło o to, że są to różne doświadczenia, z różnych lat, z różnych krajów i rożnych dziedzin życia, ale też o czysto pragmatyczne podejście – żeby się książkę ciekawie czytało. Stąd te pomysły zmiany, stąd wiele tekstów wypadło, ażeby po prostu zmieniała się atmosfera opowieści. Podobnie jak w „Gaumardżos” nuta tragiczna miesza się z komedią, nawet z jakiś nieszczęśliwych wydarzeń przebija tragiczne poczucie humoru, a potem jest chwila wyciszenia, tak żeby się czytelnik nie nudził, a nawet nie przyzwyczaił do jednego. Jak się przyzwyczai do czegoś, następuje zmiana.

Pana pierwszy wyjazd jako korespondent wojenny to Górski Karabach i konflikt Ormian z Azerami. Jak do tego doszło, że znalazł się Pan na Zakaukaziu?
Zbieg okoliczności, jak wiele rzeczy w moim życiu. To jest tak, że niedługo impreza obrośnie legendą, ale na balandze wiosną ‘92 u wspólnych znajomych spotkałem, jeszcze z podziemnego NZS-u, kolegę Krzysztofa Millera, który już wtedy był znanym fotoreporterem wojennym Gazety Wyborczej. I on mnie tak po prostu zapytał na zasadzie – „Skoczymy do Afganistanu?” – tak jak się pyta kolegę, czy skoczymy do Zakopanego czy nad morze, a ja odpowiedziałem – „Proszę bardzo” – bo byłem młody, bo chciałem przeżyć przygodę.

Czy przypadkiem działalności w NZS, gdzie zadymiał Pan na ulicach Warszawy, nie miała wpływu na Pana szybką decyzję i chęć wyjazdu w rejon konfliktu?
No tak, ale nie każdy, kto działał w NZS, a nawet w podziemnym NZS-ie, kto brał udział w zadymach na ulicach, pchał się na wojnę. Ale na pewno aktywność w podziemnym NZS-ie, czy działalność w podziemiu w ogóle, wyrobiła we mnie skłonność do zachowań ryzykowanych i na pewno miała swoje znaczenie przy tym wyjeździe. Było jeszcze jedno, o czym zapomniałem, a przypomniałem sobie już po napisaniu książki. Mianowicie, jeszcze w 1989 roku, kiedy w Rumunii wybuchła rewolucja, która zmiotła Ceausescu, zaraz po tych wydarzeniach, z dwójką moich kolegów, pojechaliśmy pociągiem, z konwojem, do Bukaresztu. Pociąg był zadrutowany, bo napadano na te składy, w Bukareszcie było jeszcze słychać strzały. W związku z tym jakby ciągle ciągnęło mnie do sytuacji skrajnych.

Pierwszy wyjazd na wojnę, pierwszy ostrzał, pierwszy raz broń w ręku, pierwszy i chyba jedyny bieg przez pole minowe. Nie starczyło Panu emocji na całe życie już po pierwszym wyjeździe?
Jak widać nie, bo 2 tygodnie później byłem już w Południowej Osetii i znów biegałem pod ostrzałem snajperów. Czego nie ma w „Między wariatami”, a było w „Gaumardżos”.

Jak to się stało, że po Górskim Karabachu przeniósł się Pan do Gruzji?Marcin Meller - Wywiady z szuflady
Wysłałem reportaż z Górskiego Karabachu do Polski, a jednocześnie miałem jeszcze pieniądze. To, co opisuję w „Między wariatami” – zawsze starałem się jak najmniej wydać, tak żeby zostało trochę pieniędzy. I pojechałem do Gruzji, bo tam się toczyła wojna w Południowej Osetii. Chciałem zobaczyć Gruzję – Tbilisi. Nie znałem kompletnie nikogo i pojechałem. Dziennikarz ormiański, którego poznałem w Erywaniu, dał mi jakieś nazwisko, kogoś w redakcji w Tbilisi. Poszedłem do tej redakcji, po prostu z ulicy, tego kogoś nie było, ale na korytarzu spotkałem inną osobę, która spytała mnie, czy potrzebuję pomocy. I tak poznałem kolejnych znajomych.

Czy wtedy poczuł Pan „to coś” do tego kraju, czy miłość ta zrodziła się wcześniej?
Zgadza się, właśnie wtedy. To był czerwiec 1992 roku, a później tam wróciłem w październiku i listopadzie tego samego roku.

Ile razy wyjeżdżał Pan w strefy wojenne i jak długo przebywał Pan w tych rejonach?
Ogólnie 9-10 razy. Jeśli chodzi o czas to różnie, niektóre wyjazdy były krótsze, inne dłuższe, np. w Ugandzie przebywałem 3 miesiące. Oczywiście nie siedziałem tylko w stolicy, głównie przebywałem na północy kraju, czyli w strefie wojennej. To nie tak, że cały czas byłem tam, gdzie strzelali. Z tym, że dla przykładu mieszkałem w miasteczku, gdzie panowała powszechna świadomość obecności rebeliantów w dżungli. Więc bywało różnie.

Podczas spotkania autorskiego we Wrocławiu mówił Pan, iż konflikty dzielą się na te, podczas których kamizelka z napisem „Press” oznacza, iż można czuć się bezpieczne  oraz inne, gdzie strony walczące nie zwracają w ogóle na to uwagi. Może Pan podzielić swoje wojaże według tej kategorii?
Nie, bo każdy wyjazd wyglądał inaczej. Kaukaskie wyjazdy były podobne (Górski Karabach, Abchazja, Osetia), w zasadzie nie było ONZ-tu, tylko jakieś rosyjskie siły rozjemcze de facto stojące po jednej ze stron. Generalnie bajzel, anarchia, etc. Potem Czeczenia była inna, bo byłem tam z Polakiem będącym moim przewodnikiem i pilotem. W dawnej Jugosławii najpierw przebywałem z polskimi żołnierzami, tak więc to jest znów całkiem inna historia. W Afryce każdy etap wyglądał inaczej. W zasadzie to, co miały wspólnego te wszystkie konflikty to to, iż były to wojny domowe, a nie międzypaństwowe.

„… idąc ulicą Stepanakertu, usłyszałem wśród dobiegających z przedmieść eksplozje dźwięku fortepianu. Dobiegał z na pół zrujnowanego domu. Na jego pierwszym piętrze – dziury po pociskach w suficie i ścianach – siedziały dwie nauczycielki i trzynastoletnia uczennica.-Ten fortepian broni nas przed powrotem do kamienia łupanego. Uczymy, żeby nie oszaleć do końca.” Czy takie sytuacje często można spotkać podczas trwania konfliktów? Może Pan przytoczyć podobne historie z innych wojaży?
Podam inny przykład: w byłej Jugosławii moi rówieśnicy siedzieli na czołgach, gdzie grzały im się silniki i słuchali Red Hot Chili Peppers „Blood Sugar Sex Magik”. Muzyka leciała z  boomboxa, a oni na swoich automatach wystukiwali rytm. Sytuacja z fortepianem chwytała za serce, a tutaj było surrealistycznie. Surrealistyczne połączenie z gatunku czarnego poczucia humoru.

W tekście pt.: „Szlafroki na placu Defilad”, który ukazał się w 1995 roku w „Polityce”, przytacza pan dowcip – „Tato, czy wybuchnie trzecia wojna światowa? – Nie synku, ale będzie taka walka o pokój, że kamień na kamieniu nie zostanie.” Dowcip pochodzi z 1955 roku, a taką sytuacje obserwujemy dziś dzień na świecie.
Co ja mogę zrobić, ręce mi opadają jak liście. To, czym zajmuję się ostatnio, czyli piszę felietony, opisuję właśnie tą walkę o porozumienie, o pojednanie narodowe, że kamień na kamieniu nie pozostanie, tak to można by zastosować dzisiaj. Jestem wobec tego kompletnie bezsilny, bo nie ma żadnej rady. To, co mogę zrobić, to patrzeć z boku i pisać, czasem prześmiewcze teksty, które tak naprawdę niczego nie zmienią, bo eskalacja wzajemnej niechęci jest coraz głębsza. To na dodatek wygląda tak, że są ludzie, którzy naciągają ten konflikt i są ludzie, którzy to lubią. Dlatego jest to charakterystyczne, że największą popularnością cieszą się wyraziści dziennikarze, którzy mówią ostro, obojętnie czy z lewa czy z prawa. Musi być jednoznacznie po oczach, to się wtedy najlepiej sprzedaje. Ludzie mówią, że maja dość Palikota czy Macierewicza, ale jak się pojawi Palikot albo Macierewicz w telewizji, to od razu słupki oglądalności idą w górę. Taka jest prawda o tym wszystkim.

Na końcu książki „Między wariatami” zamieścił Pan podziękowania m.in. dla P. Bravo, który recenzował pana testy i pomagał wybrać najodpowiedniejsze. Czy gdy jeździł Pan po świecie, przed wysłaniem tekstów do redakcji, prosił Pan kogoś o przeczytanie ich i ewentualny komentarz, poprawki?
Nie, swoje teksty przesyłałem od razu do redakcji „Polityki”. Zdarzyło się może, ale to bardzo rzadko, że dałem jakiś tekst do przeczytania wcześniej. Np. przedostatni tekst „Serce zdrajcy” przez to, że był za długi do „Polityki’, przekazałem znajomemu do zapoznania się, żeby mi powiedział, co skrócić, a on mi na to – „Nic nie skracaj, przekonaj ich, żeby wydrukowali całość”. I wydrukowali. Miałem zaufanie do swoich redaktorów w „Polityce”. Czułem, że oni będą wiedzieli, co z tym fantem zrobić. W związku z „Między wariatami” była inna sytuacja. Moja pierwsza selekcja liczyła około 1 tys. stron, a początkowo książka miała mieć 300 stron, zatem i tak jest ona dłuższa o 150 stron aniżeli w zamyśle.

Pana brat, Andrzej, również jest reportażystą i korespondentem wojennym. Nie myśleliście nigdy o wspólnym wyjeździe?
Raz pojechaliśmy razem do Gruzji, kiedy on pisał stamtąd w 2008 roku. Andrzej zawitał tam podczas konfliktu, ale pojechaliśmy w ten rejon jeszcze raz razem, zaraz po wojnie. Z tym że on pisał, a ja byłem bardziej do towarzystwa. Przejechałem się z nim, i jak on chodził robić wywiady, to ja byłem przy nim.

Podczas spotkania autorskiego w Warszawie powiedział Pan, iż Pana wyjazdy zahaczają o absurd, że jest Pan życiowym outsiderem. Może to są takie skrajności, że czasem potrzebuje Pan spokoju, a czasem dużej dawki adrenaliny?
Konsekwencja nie jest moją najcenniejsza cechą. Ciągnie mnie do różnych rzeczy w życiu i, jak na załączonym obrazku, robię tak skrajne rzeczy, jak pisanie z Afryki za 5 dolarów dziennie, a z drugiej strony pracuję w telewizji, w programie śniadaniowym. Z tym że to jestem ja i to jestem ja. I cholera wie, czego jeszcze w życiu dokonam.

Na spotkaniu autorskim powiedział Pan – „Dziennikarzem można być, nie znając niczego”. Jaki jest Pana stosunek do studiów dziennikarskich?
Zupełnie poważnie uważam, że jeśli chce się być dziennikarzem, to i tak warto pójść na inne studia. W tym sensie, że studia dziennikarskie są takie jak sam zawód. Praca dziennikarza polega na tym, że wie się trochę czegoś o różnych rzeczach, różnych rzeczy o czymś i tak naprawdę nie ma się pogłębionej wiedzy w żadnej dziedzinie. W związku z czym, nawet jak się ma zamiar robić coś takiego w życiu, to lepiej wcześniej spróbować czegoś konkretnego, obojętnie czy to będzie medycyna, ekonomia, stosunki międzynarodowe, historia czy geografia, ale żeby mieć jakąś określoną wiedzę. Mnie na przykład to, że studiowałem historię, bardzo się przydawało w pracy dziennikarskiej np. w analizie źródeł, porównań etc. W przypadku studentów jest już za późno, ale jak spotykam się z licealistami, a czasem się zdarza, że ktoś chce być dziennikarzem, mówię: oczywiście, ale nie idź na dziennikarstwo.

Żyjemy obecnie w takich czasach, że aby zdobyć pracę musimy, oprócz wiedzy teoretycznej, posiadać doświadczenie. Tyczy się to również dziennikarstwa. Mamy reportażystów freelancerów, wielu z nich to amatorzy, którzy mimo zagrożenia wyjeżdżają do stref konfliktu. Co Pan o tym sądzi?
Doskonale to rozumiem, być może gdybym dziś miał dwadzieścia parę lat, pewnie sam bym tak robił. Jest to oczywiście bardzo ryzykowne, bo jeżdżą ludzie bez przygotowania. W sumie sam ruszałem, będąc w wieku 23 lat, bez przygotowania, ale przynajmniej miałem wsparcie jakiejś instytucji, redakcji etc. Jednak rozumiem kogoś, kto miałby dziś dwadzieścia parę lat i zdecydował się na taki ruch – żeby pojechać w rejon konfliktu.

Czy ma Pan zamiar napisać kolejną książkę? Po przeczytaniu „Między wariatami” czuję pewien niedosyt, bo chciałbym poznać więcej historii, które opisywałyby całą otoczkę Pana wyjazdów.
Szczerze mówiąc, pisząc tę historię latem tego roku, zastanawiałem się, czy to nie będzie takie trochę w stylu „dziadek wspomina”. Teraz już wiem, ale jest już po ptakach. Wydawnictwo, kiedy już zobaczyło zbiór tych starych reportaży stwierdziło – super. I wcale nie oczekiwali niczego więcej, to była moja inicjatywa, że napiszę pięć nowych rozdziałów. Gdybym tworzył dzisiaj, wiedząc to, co wiem, napisałbym więcej. Szukam pomysłu na nową publikację, nie chcę książki gruzińskiej, chcę coś zupełnie nowego. Może być to miejsce i kraj, który pojawia się w „Miedzy wariatami”, ale nie Gruzja. Pomysł na ten kraj mam, ale to taki pomysł, że mogę do niego wrócić nawet za 5 lat.

Razem z żoną, Anią, wzięliście ślub w Gruzji. Dlaczego Tbilisi, a nie Batumi i słynna „muszelka” (budynek urzędu stanu cywilnego, kształtem przypominający muszlę, otoczony wodą – przyp. red.), gdzie odbywają się śluby cywilne?
Nie mieliśmy przez sekundę pomysłu na Batumi. Jeździmy czasem w to miejsce, bo tam jest morze itd. Nie jestem wielkim fanem Batumi, lubię tam wpaść na zasadzie happeningowej. Trochę bawią mnie te nowe budowle. A Tbilisi uwielbiam. Trzy czwarte wszystkich gruzińskich znajomych mieszka w Tbilisi, a już nasi najbliżsi przyjaciele mieszkają tylko w stolicy Gruzji. Więc nie było żadnych wątpliwości. Przez chwilę zastanawialiśmy się nad zorganizowaniem wesela na wsi, niedaleko Tbilisi, ale zrezygnowaliśmy ze względów logistycznych. Ponadto był to koniec września, więc istniało ryzyko opadów deszczu. Dlatego Tbilisi.

wywiady z szuflady. meller. 2z2 - do obróbki

Jakie jest Pana ulubione miejsce w Gruzji, strefa, do której często Pan wraca albo jakiś niezwykły zakątek, który poleciłby Pan czytelnikom?
Tbilisi, banalnie, bo ja uwielbiam Tbilisi. Turystyczne atrakcje są oczywiste, a ja mam miejsce, w które mało kto jeździ – Górna Adżaria. Batumi jest stolicą Adżarii, ale w zasadzie wszyscy są na dole. A ja mam w górach znajomych i jest super. Nie ma zbyt wielu turystów. Mam tam cudownego znajomego. I wiąże się z tym miejscem pewna historia  z „Gaumardżos”. Mamy tam znajomego Zebura, którego wymieniamy w książce i jakiś czytelnik naszej książki, nie wiem jakim cudem, znalazł Zebura. Pojechał do niego, spał tam, poznali się i od tej pory był u niego z 4 razy. I takie historie też się zdarzają.

Jak oceni Pan sytuację w Gruzji pod względem ekonomicznym, społecznym, politycznym. Czy według Pana nowy rząd zmienia Gruzję na lepsze?
Generalnie rzecz biorąc, w perspektywie kilkuletniej są to zmiany na lepsze. Oczywiście, teraz wielu Gruzinów popiera nowego premiera – Bidzinę Iwaniszwilego i tu się różnię od większości Gruzinów, bo osobiście uważam, że Gruzja zmierza ku gorszemu. Cokolwiek by mówić o Saakaszwilim, to uważam, że w tej chwili następuje i będzie następował regres, w stosunku do ostatnich lat. Gruzini jeszcze bardziej niż my narzekają na swoją politykę. Wkurzam się na to, co się dzieje w Polsce, a na Gruzję patrzę trochę spokojniej. Saakaszwili w szerszym kontekście zrobił bardzo dużo dobrego. Mówię nawet Gruzinom, którzy nienawidzą Saakaszwilego – zobaczycie, jeszcze będziecie mu pomniki stawiać.

Gruzja, jako jedno z dwóch państw Partnerstwa Wschodniego (obok Mołdawii), pomyślnie realizuje cele tego programu. W zeszłym roku w Gruzji mieliśmy pierwsze naprawdę demokratycznie przeprowadzone wybory, pokojowe przekazanie władzy, mamy partię rządzącą i silną opozycje. Ta proeuropejskość jest widoczna i Gruzja jest na dobrej drodze do integracji europejskiej.
Samo przekazanie władzy okazało w tym sensie fantastyczne, że szczerze mówiąc, zakładałem czarniejszy scenariusz. Byłem zdziwiony i szczęśliwy, że poszło tak dobrze. Ale wsadzenie byłego premiera tuż po wyborach do więzienia nie świadczy najlepiej o nowej władzy. Dopuszczam nawet możliwość, że to wszystko, co mu się zarzuca jest prawdą, czyli wyprowadzanie pieniędzy z budżetu na finansowanie kampanii wyborczej partii, wtedy rządzącej. Tylko trzeba patrzeć w kontekście. Nie takie rzeczy ze szwagrem po pijanemu tam się w Gruzji działy. Aresztowanie byłego premiera to akcja w stylu Tymoszenko na Ukrainie, która pewnie też ma za uszami nie jedno. Więc obawiam się o przyszłość, w którą stronę to idzie. Częściowa weryfikacja będzie już po wyborach prezydenckich. Zobaczymy, co zrobi nowa władza, jak już obóz Saakaszwilego straci wszelką władze, bo na pewno straci.

Pan europoseł Paweł Kowal powiedział o 3 państwach – Gruzji, Mołdawii i Ukrainie, że nie ma tam, co prawda, pełnej demokracji, ale są „używane procedury demokratyczne”.
Tak, ale poczekajmy, co będzie po wyborach. Bo tu się wszystko może zmieć w ciągu miesiąca bądź kilku. Wydaje mi się, iż w przypadku Gruzji można zapomnieć o mrzonkach w stylu NATO i UE. To, co widać jasno, to to, że jest to rosyjska strefa wpływów. Zachód i Ameryka nie ruszy palcem i tyle.

Partnerstwo Wschodnie tworzono jako instrument, który pomoże krajom Europy Wschodniej zintegrować się z Europą, a w długofalowej perspektywie dołączyć do UE. Rosja widząc sytuację, która jest dla niej niekorzystna, kontratakuje. Z tym że Unia Europejska dała tym krajom listę regulacji, które mają wprowadzić i spokojnie czeka na rozwój sytuacji. Oczekując, iż te kraje, mimo wszystko, kochają Unię i muszą to zrobić. A Rosja przedstawia konkretne cele polityczne, korzyści, również finansowe, a niekoniecznie zmiany prawie całych systemów tych krajów. Unia Europejska się zagapiła i przespała pewien okres do działania. UE nie traktuje PW poważnie?
Dla mnie jest pozamiatane. Zmiana nastąpiła w 2008 roku. Po wojnie jasno było widać, pomijam wszystkie błędy jakie popełnili Gruzini, ale było widać jasno, że nikt nie ruszy palcem. Rosja nie zajęła co prawda całej Gruzji, w sensie militarnym, ale zrealizowała swoje cele. Nie wnikam, czy Iwaniszwili jest projektem rosyjskim czy nie, ale de facto Gruzja wróciła do rosyjskiej strefy wpływów i nie wyjdzie stamtąd bardzo długo. Wszelkie wzmianki o Partnerstwie Wschodnim są tylko gadaniem. Może Rosjanie pozwolą na jakieś fiku-miku w stylu program PW, ale nie ma to znaczenia –  to jest rosyjska strefa wpływów.

Ostanie pytanie, od jednej z naszych czytelniczek: W życiu przeprowadzano z Panem wiele wywiadów, czy któryś utkwił Panu szczególnie w pamięci? Jeśli tak, to z jakiego powodu?
Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to negatywny przykład. Dziennikarz, taki z dużym doświadczeniem. Kojarzyłem go. Było to spotkanie przy okazji promocji „Gaumardżos”. Na wstępie powiedział do mnie i Ani: Nie przeczytałem waszej książki, bo czytałem inną. Ale mam taki świetny pomysł, że Wy mi opowiecie jakieś cztery fajne anegdoty, a ja to opiszę i będę miał fajny tekst. Ja się w tym momencie zagotowałem, ale mnie Ania kopała pod stołem, żebym się uspokoił i przez zaciśnięte zęby zaczynam coś tam opowiadać. A on mówi: – Panie Marcinie, mógłby się Pan wysilić, mógłby się Pan bardziej postarać, przecież był Pan reporterem, potrafi Pan coś opowiedzieć lepszego. Wtedy nie wytrzymałem i mówię: – Ja proszę Pana pracowałem 12 lat jako dziennikarz w „Polityce” i zdarzało się, że się nie przygotowałem do rozmowy, ale po pierwsze się tym nie chwaliłem, a po drugie starałem się w ostatniej chwili przejrzeć daną rzecz, artykuł, książkę, wspomnienia, cokolwiek, aby przynajmniej udawać, że jestem przygotowany i nie wyobrażam sobie, żeby tak się zachowywać. Powiedziałem: – Dziękuję. Do widzenia. Ania woła: – Marcin, Marcin uspokój się. A ja powiedziałem: – Chcesz zostać, zostań proszę bardzo. Wstałem, wyszedłem, poszedłem. Żona czerwona ze wstydu za mnie. Tego nie zapomnę, bo skala bezczelności i hucpy była nieprawdopodobna i mówię – to nie był student, stażysta, imigrant z Kirgizji, który uczył się języka polskiego – to był dziennikarz z dorobkiem!

Bardzo dziękuje za możliwość przeprowadzenia z Panem wywiadu.

6 myśli na temat “Przeczytaj cały wywiad z Marcinem Mellerem – Wywiady z Szuflady!

  1. Przeczytaj „cały” wywiad z Marcinem Mellerem!
    W gazecie z tego co zauważyłem, jest napisane, iż cały wywiad dostępny jest na stronie besta.
    Pankracy czytamy ze zrozumieniem 😉

Dodaj komentarz