Śmiech to zdrowie

Muszę przyznać, że w tegorocznym listopadzie rozbawiło mnie wiele rzeczy. Cuda dzieją się w Ameryce – raper Kanye West zaprezentował światu nowy teledysk, w którym mknie na motorze przez amerykańskie bezdroża z nagą Kim Kardashian, a w tle migają galopujące konie i górskie szczyty. Natomiast w brytyjskim „Mam Talent” furorę zrobił polski artysta Józek, którego media od razu ochrzciły nowym CeZikiem, wychwalając niebanalną lirykę jego tekstów. Tymczasem Polska żyła sprawą złowrogiej tęczy promującej homoseksualizm i reklamą wody „Vytautas”. Jednak żadna z wymienionych spraw nie rozśmieszyła mnie tak bardzo, jak gra reprezentacji Polski.

Mecze ze Słowacją i z Irlandią miały być nowym rozdaniem – stery w reprezentacji objął Adam Nawałka, legendarny zawodnik Wisły Kraków, ostatnio trener Górnika Zabrze, znany z dyscypliny i ciężkiej pracy. Trzeba przyznać, że stanął przed niełatwym zadaniem: Polacy w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2014 potrafili pokonać wyłącznie San Marino i, zaledwie raz, Mołdawię. Cel, który postawił przed nowym trenerem Zbigniew Boniek, jest prosty – awansować do Mistrzostw Europy w 2016 roku. Jednak zanim rozpoczną się eliminacje, kadrę czeka seria meczów towarzyskich. Pierwszy z nich odbył się na Stadionie Miejskim we Wrocławiu.

Mecz ze Słowacją, czyli jak dostałem zakaz stadionowy od Mateusza Klicha

Wrocław nigdy nie był szczęśliwy dla naszej kadry – choć od razu należy postawić sobie pytanie, który stadion jest obecnie dla niej pomyślny (arena San Marino?). To tutaj reprezentacja Smudy przegrała najważniejszy mecz EURO2012 z Czechami, na tym stadionie parę miesięcy wcześniej Kuba Błaszczykowski zmarnował karnego w towarzyskim meczu z Włochami i wreszcie we Wrocławiu zaczęły się schody dla kadry Beenhakkera, która ostatecznie nie awansowała na Mistrzostwa Świata w RPA. Mimo tych nieciekawych wspomnień Stadion Miejski wypełnił się po brzegi kibicami w biało-czerwonych szalikach. Każdy wierzył w zwycięstwo – przecież naprzeciw nas stanęła „jakaś tam” reprezentacja Słowacji.

Słowacy w ostatnich jedenastu spotkaniach wygrali tylko jeden mecz, a po drodze zdołali zremisować z taką potęgą jak Liechtenstein. Zdawali się być doskonałym rywalem – takim, na którym można przetrenować ustawianie się w ofensywnie, bicie stałych fragmentów gry i, generalnie, wbicie paru ładnych bramek. Nawałka miał zrobić to, czego nie potrafił Fornalik – wykorzystać w pełni możliwości i umiejętności Roberta Lewandowskiego, którego wspomagać miał Adrian Mierzejewski. Nowa linia obrony miała wprowadzić jakość, której nie gwarantował Wawrzyniak, Boenisch czy Glik. I jak to zwykle bywa z reprezentacją Polski, bańka wypełniona nadzieją rosła, aż w końcu boleśnie pękła.

0:2 to najniższy wymiar kary. Słowaccy piłkarze robili, co chcieli z dwójką naszych środkowych obrońców – Kamińskim (zawinił przy drugiej bramce) i Jędrzejczykiem (spektakularny błąd, który naprawił Artur Boruc). Po stronie polskiej cała gra ofensywna polegała na zrywach bocznych pomocników – Kuby Błaszczykowskiego i Waldemara Soboty. Lewandowski cofał się po piłkę, a za nim podążało przynajmniej dwóch obrońców drużyny przeciwnej. W efekcie czego nasz napastnik po raz kolejny nie wpisał się na listę strzelców w meczach kadry. Przy silnym pressingu rywala i cofnięciu się całej drużyny słowackiej na własną połowę Polakom brakowało pomysłu na przedostanie się pod bramkę Kozacika. W odpowiedzi Słowacy przeprowadzali groźne kontry, które w kilku przypadkach powinny zakończyć się bramkami. Na szczęście w bramce stał Artur Boruc. Był jedynym Polakiem, którego można było po meczu wyróżnić.

Na specjalną uwagę zasługują kibice. Po drugiej bramce dla Słowaków kadra musiała zmierzyć się z olbrzymią dezaprobatą i wrzaskiem z ich strony. Skandowali: „Polska grać, k… mać”, „Polacy, co wy robicie?”, a przy kolejnych atakach Słowaków wołali ironiczne: „jeszcze jeden”. Czy kibic ma prawo być niezadowolony? Czy kibic ma prawo podnosić rękę na narodową kadrę? Czy piłkarz ma prawo być obrażonym po krytyce ze strony fanów? Polscy piłkarze żyją, niestety, w jakimś innym, równoległym świecie. Funkcjonują tak, jakby nie zdawali sobie sprawy, że od końca wygranych eliminacji do Mistrzostw Europy w 2008 roku grają FATALNIE. Dziwimy się, że w rankingu FIFA wyprzedzają nas Gwinea czy Zambia i nie potrafimy spojrzeć prawdzie w oczy. Jesteśmy po prostu słabi. Piłkarze mają chyba wyższe mniemanie o sobie i oczekują wsparcia mimo kilku lat bessy. Kibice płacą, więc wymagają. Piłkarze zarabiają niemałe pieniądze i są zaskoczeni, że stawiane są im wymagania typu „powalczcie ze Słowacją”. Brakuje słów, by opisać postawę  Mateusza Klicha, który woli naiwnych idiotów, ślepo zapatrzonych w beznadziejną kadrę niż szczerych kibiców krzyczących jak naprawdę jest.

Mecz z Irlandią, czyli jak to obejrzeć do końca i nie zasnąć.

Po blamażu ze Słowacją w Poznaniu mieliśmy rozegrać mecz z reprezentacją Irlandii. Była to – obok Polski – najgorsza drużyna EURO 2012. Zanotowała wtedy trzy porażki (trzeba jednak przyznać, że przeciwników miała o wiele silniejszych niż Polska). W obecnych eliminacjach zajęła (tak jak Polska) czwarte miejsce, kompromitując się w meczu z Niemcami, który przegrała aż 1:6.

Spotkanie z Irlandią można określić jako mecz bez historii. Przemeblowana obrona zdawała się być pewniejsza, choć z drugiej strony Irlandczycy specjalnie nie atakowali. Jeżeli Mierzejewski w meczu ze Słowakami krytykowany był za brak kreatywności, to co można powiedzieć o Krzysztofie Mączyńskim? Był, zagrał i teraz przez kolejne lata będzie „jechał” na opinii „reprezentanta”, wywalczając sobie wyższe kontrakty w Zagłębiach czy innych Jagielloniach. Hitem okazał się Michał Pazdan, który po spotkaniu dostał nową ksywkę: „Kung Fu Pazdan”. Wszedł on w irlandzkiego zawodnika jak w masło, przypominając pokoleniu lat 90. potyczki w Tekkena czy Mortal Kombat. Kto wie, być może w tym meczu narodził się nowy Nigel De Jong? Jedno jest pewne: przed Pazdanem jeszcze wiele nóg do połamania.

Do Klubu Wybitnego Reprezentanta wstąpił Robert Lewandowski. Jednak zasady dołączania do tej grupy (wstępuje gracz, który rozegrał 60 meczów w kadrze, od 2014 roku będzie to liczba 80 spotkań) wypaczają jego ideę. Wybitnym Reprezentantem jest na przykład Dariusz Dudka, ale do Klubu nie należą m.in. Jerzy Gorgoń, Kazimierz Kmiecik czy Józef Młynarczyk. Idąc takim tempem, „Lewy” przegoni na pewno Bońka, Deynę czy Latę, ale czy choć  trochę zbliży się do ich sukcesów?

Uśmiechnijcie się!

Ostatnio przeczytałem autobiografię Andrzeja Iwana. Jak sam mówił, chciał ją zakończyć rozdziałem „Samobójstwo”, w którym opisał, jak alkohol i hazard doprowadziły go do podjęcia zamachu na swoje życie. Zrobił jednak inaczej: „wiecie, po co powstał ten rozdział? Żeby poprzedni – o samobójstwie – nie był ostatni (…). Uśmiechnijcie się. Cokolwiek się stanie – bądźcie pogodni”.

Coś się w atmosferze wokół kadry zmienia. Pamiętam przegrane Mistrzostwa Świata w 2006 roku i Mistrzostwa Europy w 2008 roku, po których miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Naród dosłownie szlochał. Teraz, gdy dostajemy kolejne ciosy od Ukraińców, Mołdawian i Słowaków, kibice zdają się podchodzić do tego z ogromnym poczuciem humoru. Śmiech to zdrowie. Dlatego osobiście dziękuję polskiej kadrze za to, że dba o moje zdrowie lepiej niż minister Arłukowicz.

/ Przemysław Siwko

5 myśli na temat “Śmiech to zdrowie

  1. Jeśli ktoś myślał,ze Nawałka przyjdzie i 2 tygodnie odmieni kadre, to albo jest naiwny,albo nie zna się na piłce. Adam Nawałka ma u mnie spory kredyt zaufania,bo podoba mi się jego podejście. Mecze towarzyskie są,by testować zawodników, a wynik to sprawa mniejszej wagi. Poza tym jak Loew zaczynał przygodę z niemiecką reprą, to na dzień dobry dostał 4 w plecy od Węgrów,więc spokojnie. 😉

  2. @anonnimo: poprawnie jest „pastisz” – jakkolwiek dziwnie to wygląda 😉

Dodaj komentarz