Podróż na koniec świata – najzieleńsza wyspa Grecji

DOROTA FIEDOREK

Jest wysoce prawdopodobne, że gdy to czytasz, za oknem pada deszcz. Odpręż się zatem drogi Czytelniku i przenieś do słonecznego kraju morza i oliwek. Rozkoszuj się wspomnieniami, w których znajdziesz romantyczną scenerię, osiołka i kozi ser.

Gdzie znajduje się mój prywatny kraniec świata? Obszar, który poza sezonem okazuje się być rajem dla zabieganego człowieka, raczonego przez ok. 7 miesięcy w roku chłodem i deszczem w swym rodzinnym kraju. Jest to grecka wyspa Skopelos. Szerszej gawiedzi może być znana choćby z tego, że było tu realizowane kilka ujęć do filmu „Mamma Mia”. Polecam odwiedzanie greckich wysp, a szczególnie Sporadów, w okolicach kwietnia i maja. Może nie uda się wtedy spiec pleców na raczka, ale też nie będzie trzeba obijać się o turystów – co więcej, jest szansa, że poza nami nie będzie tam nikogo więcej oprócz mieszkańców. Mnie spotkało takie szczęście.

Wszystko układało się tak dobrze jak we śnie.

Czasem przypadkowe wybory są najlepsze. Tak też było i tym razem. Głównym powodem podjęcia decyzji o zwiedzaniu którejś z wysp była chęć zasmakowania bardziej greckiej „greckości” niż ta, którą spotkać można w dużych miastach. Kompletnie nie mieliśmy pomysłu co wybrać, więc nasze szukanie wymarzonego miejsca polegało na wpisaniu w wyszukiwarkę „Grecja, wyspa, tani hotel”. Banalne, ale pojawiła się strona pośrednicząca w poszukiwaniu noclegów i kilkadziesiąt stron hoteli spełniających nasze proste kryteria. Miał być dach nad głową i łóżko. Jak się okazało, nie powinniśmy zaniżać naszych wymagań. Na samym początku zwróciliśmy uwagę na niezwykle malownicze zdjęcie niewielkiego domku położonego w przepięknym miejscu. Decyzja była szybka – jedziemy! Wyprawa na Skopelos wymagała początkowo dostania się do Volos (autobusem KTEL – taki grecki PKS zaskakujący nowoczesnością i punktualnością). Stamtąd zapakowaliśmy się na prom bezpośrednio na wyspę. Z portu odebrał nas przemiły Janis – właściciel domku.

Okazało się, że Villa Katerina i jej otoczenie wyglądała jeszcze śliczniej niż na zdjęciach, a co najlepsze – byliśmy w niej sami. Otaczały ją krzewy róży i dziki bez, które razem uwalniały upajający zapach. W środku było absolutnie wszystko, czego potrzeba na wakacjach, a widok… Moi Państwo! Widok zapierał dech w piersiach! Nocą nieziemski obrazek – pięknie oświetlony port i morze. Skruszy nawet najbardziej zatwardziałe serca, a tym, którzy wybiorą się tam z drugą połówką, zapewni niezapomniane momenty pełne serdecznego wzruszenia. To, co przeszło moje najśmielsze oczekiwania, to klimat jaki miała wyspa. Obawiałam się, że będzie „skażona” częstymi wizytami turystów. Nic bardziej mylnego. Uroku dodawały wszechobecne koty, owce budzące nas dzwoneczkami na szyi i przesłodki osiołek, którego spotykaliśmy po drodze na górę. Istna sielanka. Wąziutkie i totalnie pokręcone uliczki w mieście stwarzały bajkowe wrażenie. Wszystko jak na Grecję przystało – w białym i niebieskim kolorze.

 

Easy Rider” i plaża marzeń.

Aby jeszcze lepiej poznać wyspę, zdecydowaliśmy się na wypożyczenie samochodu. O, zgrozo! Gdybyśmy wiedzieli, na co się piszemy. Każdy zakręt to trwoga o swoje życie. Ciągła ekstremalna, kręta jazda pod górę. Dróżki były tak wąskie, że obawiałam się, czy zmieści się tam chociaż jedno auto, a musiały czasem dwa. Gdyby jednak nie to ryzyko, nie trafilibyśmy na przecudną plażę – Stafilos. Jest niewielka, otoczona przez wysokie, malownicze klify. Woda oczywiście niebieściutka, a wokoło nikogo.

Wesołe święta

Na okres naszej podróży przypadały greckie święta wielkanocne. Śpiewy kościelne, które słyszeliśmy nawet w naszym domku na górze, to bonus do greckiego klimatu. Zachęceni opowieściami, wybraliśmy się w sobotnią noc w miejsce, gdzie wszyscy mieszkańcy świętowali zmartwychwstanie Jezusa. Wygląda to inaczej niż w Polsce. Każdy, czy stary czy młody, czy modnisia, czy osiłek – każdy ma ze sobą świeczkę. Nie taką zwykłą, jaką nosi się w Polsce do kościoła. Greckie świeczki mają poprzyczepiane zabawki, czasem bardzo duże, emblematy klubów piłkarskich lub inne przedmioty, często związane z zainteresowaniami ich właściciela. Na tę okazję wszyscy ubierają się niezwykle elegancko, powiedziałabym nawet, że w niektórych przypadkach ekstrawagancko. Niektóre dziewczyny wyglądały, jakby szły na ekskluzywną imprezę. Króciutkie opięte sukienki, mocny makijaż i buty na platformie (panowie, jak nie wiecie co to – Google pomoże) były normą. Po północy Grecy odpalają fajerwerki i z entuzjazmem składają sobie życzenia. Następnego dnia całe rodziny urządzają w ogródkach pieczenie barana. My tego dnia wybraliśmy się na wycieczkę górską. Jakże cudownie było się zagubić pośród malowniczych lasów, odnaleźć opuszczoną kaplicę, a na końcu rozkoszować się jeszcze bardziej oszałamiającym widokiem na wyspę i morze. Tym właśnie jest dla mnie „podróż na koniec świata” .

 

Grecka gościnność

Nie mogę nie wspomnieć o mojej pierwszej prawdziwej przygodzie z językiem greckim na żywo, bez podpierania się umiejętnościami kogoś innego, czy językiem angielskim. Wszystko stało się za sprawą cytryn. Pierwszą z nich zerwaliśmy pod naszym domkiem. Następne mieliśmy zamiar „po bożemu” kupić w sklepie, ale przez święta wszystko było pozamykane. Wiedzieliśmy, że mieszkamy na górze, na której rolnicy hodują także cytrusy. Pierwsza myśl – zerwiemy, nikt nie zauważy. Pech chciał, że akurat jeden pan Grek wyprowadzał owce, inny pan Grek coś pielił. Krótko mówiąc, nie było szans na mały występek. Bez cytryny nie wypiję herbaty, przepraszam bardzo! Ostatnia deska ratunku – rozmowa. Wyspa, góra, jakieś chatki, starsi ludzie – jak już wspomniałam, nie ma szans na konwersację po angielsku. Zebrałam się w sobie, zerknęłam do słowniczka i próbowałam przypomnieć sobie wszystko, czego nauczyłam się na mało efektywnym kursie. No cóż, do dzieła. Poprosiłam o jedną cytrynę, wyszłam z całą siatką i życzeniami powodzenia. Nawiązałam całkiem sympatyczną rozmowę w stu procentach po grecku. Na samą górę nie weszłam o własnych nogach, a wleciałam na skrzydłach rozpierającej mnie dumy.

 

W czasie całej wyprawy nie zabrakło oczywiście próbowania miejscowych potraw. Najbardziej wspominać będziemy strifti tyropitta – ogromne zawijane ciasto, przypominające nieco francuskie, ale twardsze. Miało kształt ślimaka, wypełnione było fetą i kozim serem. Uwierzcie mi – tylko dla mocnych zawodników! Oprócz tego raczyliśmy się tamtejszymi ciastami i winem pitym o zachodzie słońca…Te 5 dni spędzonych na Skopelos będziemy pamiętać zawsze. Obiecaliśmy sobie, że wrócimy w to samo miejsce, do tej samej willi za 10 lat.

 

4 myśli na temat “Podróż na koniec świata – najzieleńsza wyspa Grecji

  1. po primo to czemu dopiero za 10 lat?
    a po sekundo to robisz strasznego smaka na wakacje, zdajesz sobie z tego sprawę? ;D

  2. Gratuluję udanego wyjazdu. Ja też jestem fanem greckich wysp. Są naprawdę super. Najlepsze są te najmniej uczęszczane. Pozdrawiam

  3. Parę porad praktycznych Skopelos i Skiathos:)
    Właśnie wróciliśmy całą rodziną – na tę chwilę wakacje życia!!!:)
    Skiathos – trochę komercyjne – zwłaszcza główny deptak wieczorem – jak w Sopocie na Monciaku:)
    Bardzo dużo Anglików, Finów (lata Finnair) i…Węgrów. Nie spotkaliśmy Rosjan, mało też Niemców.
    Mieszkaliśmy w Troulos Beach i jeździliśmy po wyspie autobusem (z Troulos Beach do Skiathos-2EUR). Jeżdzi dosyć często (co 20min) i zabiera praktycznie wszystkich (również na miejsca stojące:). W porcie, w pierwszym sklepie po lewej patrząc od promu – pracuje przesympatyczna Polka. Jeśli chcecie odwiedzić północne plaże – niezbedne jest wypozyczenie samochodu. Oglądanie filmu Mamma Mia! w Open Air Cinema bezcenne! W trakcie filmu wybiegają poprzebierani pracownicy kina – stosownie do aktualnej sceny z filmu. Film wyświetlany jest w tym sezonie 2x – w poniedziałek i czwartek o 21, ale bilety sprzedawane są od 19.00 i lepiej nabyć je wcześniej, bo na seansach jest komplet. Ceny na Skiathos trochę wyższe niż na Skopelos ale spokojnie mozna zjeść obiad z winem za 15 EUR na osobę. Cena taksówki z lotniska do portu 8 EUR. Opłata za parasol i 2 leżaki na Traulos Beach 8 EUR.
    Tyle o Skiathos, teraz nasze Skopelos (nasze, bo sie zakochaliśmy w wyspie:).
    Też jeżdzi autobus ale rzadziej i często przepełniony. Lepsza opcją jest samochód- nam udało sie wypożyczyć za 190 EUR na 7 dni i bylismy niezależni. Plaże świetne ale pamiętac trzeba o opłatach za lezaki i parasol 4 EUR więc lepiej nabyć własny parasol w sklepie za 7-8 EUR. Do kapliczki z Mamma Mia! lepiej jechać rano, bo mimo upału jest malo ludzi. Na plażach nie ma tłoku, ale jeśli ktoś lubi być prawie sam, to polecam popołudnia (po 16) bo ciągle mozna się opalać a ludzi prawie nie ma. My mielismy schemat odwrotny do innych turystów – rano basen (pusto, bo wszyscy na plaży), popołudniu plaża – i w efekcie na zachodzie słońca na Milia Beach było z nami może z 8 osób (a bary z winem ciągle czynne i widoki bezcenne). Nasz ranking plaż:
    1. Limnonari Beach – pyszna dorada w barze (10-15 EUR), piwo 3 EUR
    2. Milia Beach
    3. Kastani Beach
    Rozważając podróz promową na Skopelos ze Skiathos (Glossa czy Skopelos Port) trzeba pamiętać że do Glossy można dojechać w 1h10min autobusem ze Skopelos (5 EUR) i zabiera on przede wszystkim osoby jadące na prom, a potem plażowiczów. Jeśli ktoś nie lubi bujania promem, to opcja Glossa wydaje sie lepsza, bo to tylko 40min (Skopelos 1,40h). My płynęliśmy do Skopeles (morze spokojne) ale wracalismy z Glossy (duże fale – i mocno pobujało).

Dodaj komentarz