Styczeń 2012

Czas na zmiany…
Potrzebujemy ich. Są nieodłączną częścią naszego życia. Zarówno te na lepsze, jak i te na gorsze. Według mnie działają na zasadzie kontrastu, naprzemiennej fali. Aby móc się z czegoś cieszyć, najpierw trzeba coś stracić. Musi wpierw przejść tak zwana burza, aby zaświeciło słońce. To moja wersja. Mogę nawet powiedzieć, że całkiem sprawdzona. Co ciekawe, obalona ostatnio przez mojego dobrego przyjaciela, który stwierdził, że aby być szczęśliwym wcale nie trzeba się smucić. Można być po prostu raz bardziej szczęśliwym, raz mniej. Można i tak… 🙂

Dlaczego o tym piszę? Początek nowego roku zawsze był, jest i będzie związany z propagandą noworocznych postanowień, zmianami na lepsze oraz innymi górnolotnymi pomysłami na to, co by można było poczynić, aby kolejny rok stał się bardziej różowy i abyśmy się w jakiś sposób przybliżyli do naszej własnej wyśnionej historii idealnego życia. Interesujące jest to, że każdą takową receptę na szczęście czytamy z zapartym tchem licząc na to, że odnajdziemy w niej konkretne wskazówki pozwalające nam wreszcie odnaleźć się w codziennej gonitwie za czymś, czego tak naprawdę większość z nas nie potrafi precyzyjnie określić.
To właśnie w styczniu nasza lista życzeń sięga zenitu, gdyż do standardowych, ambitnych planów dołączamy zdaną sesję, najbardziej szaloną imprezę karnawałową, znalezienie lepszej/nowej pracy, stażu, praktyk, odnalezienie drugiej połówki lub poprawę dotychczasowego związku. Ogólnie rzecz biorąc B.e.s.t.-a by nie starczyło jak bym chciała to wszystko tutaj wymienić. Pytanie tylko czy stawianie sobie aż tylu celów na raz jest dobre. Może czasem lepiej jest zainspirować się słowami piosenki Kuby Sienkiewicza i zaczekać ze zmianami na właściwy moment, niekoniecznie 1.01.2012: Poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej i wtedy wreszcie sam[a] też włączę się do akcji.

Aleksandra Kler

Dodaj komentarz