Związki zakazane

M.

Polskie społeczeństwo od lat chełpi się wolnością słowa, wyznania, poglądów. Uważamy się za naród tolerancyjny, wyrozumiały – „kto bowiem przeszedł tyle co my?”. Rzeczywistość rysuje nam jednak zdecydowanie inny obraz. Media, politycy, wielkie autorytety kreują nam świat w takich barwach, w jakich „powinniśmy” go widzieć. My sami żyjemy często w zakłamaniu, mówiąc jedno, a myśląc coś zupełnie innego. Wpadamy w pułapkę naszej „wszechwiedzy”. Wyobrażamy sobie, że jesteśmy lepsi niż „tamci”. Same chodzące ideały. Szkoda tylko, że w yłącznie w teorii.homo

Mamy luty, czyli walentynki – miliony serduszek, czekoladek, kwiatuszków i innych dupereli atakujących z każdej możliwej strony, a nad tym wszystkim unosząca się Miłość. Czasem niewyobrażalna, nie tyle z powodu samego uczucia, co z powodu osób będących częściami składowymi zakochanej pary. Polacy – naród wolny, tolerancyjny, wyrozumiały. Równocześnie sprawnie manipulujący pojęciami. Zasady, tolerancja – zgoda; pod warunkiem, że granice można dowolnie kształtować w zależności od sytuacji, osoby, naszych zachcianek. Innymi słowy – regułą jest brak reguł.

Według przeprowadzanych badań jesteśmy społeczeństwem coraz bardziej tolerancyjnym; łatwiej nam zaakceptować ludzi innej wiary, innego koloru skóry, czy też innej orientacji seksualnej. Oczywiście do czasu. Nasza tolerancja rozmywa się niczym marnie wykonany makijaż, odkrywając nasze prawdziwe oblicze, w momencie, gdy przychodzi nam zmierzyć się z tą „odmiennością” w realnym świecie.

„Jak już muszą, to niech już sobie będą. Ale niech się tak nie afiszują!” – to częsty komentarz, który można usłyszeć od ludzi tolerancyjnych. „Obnoszenie się” z uczuciami „homosiów” (jak to mawia Korwin-Mikke) uważamy za coś niezgodnego z powszechnie przyjętymi zasadami. Niesmaczne. Wręcz odpychające. I nie chodzi tu bynajmniej o wskakiwanie do łóżka komu popadnie, czy też uprawianie seksu w miejscach publicznych. Wciąż czujemy się niepewnie, widząc parę osób tej samej płci okazujących sobie uczucia. I o ile, gdy mamy do czynienia  z sytuacją, gdy całują się dwie dziewczyny, wyobraźnia sporej grupy panów pracuje na zwiększonych obrotach. Gorzej, gdy to samo robią dwaj faceci – wtedy następuje totalne zniesmaczenie. A z jakiej racji? Czy tolerancja homoseksualizmu nie opiera się nie tylko na tym, iż akceptujemy jego istnienie samo w sobie, ale także na tym, iż liczymy się z faktem, że musi ono znaleźć swoje ujście w otaczającym nas świecie?

homo3Według formalnych definicji, homoseksualizm nie jest chorobą, lecz jedną z powszechnie akceptowanych orientacji seksualnych. Dlaczego więc, stawiając na równi homoseksualizm z heteroseksualizmem, nie nadajemy im tych samych praw? Skąd się biorą Parady Równości i Kontrparady? Dlaczego jedni muszą przypominać o swoim istnieniu i domagać się swoich praw, a inni muszą przypominać im, iż tych praw nie posiadają; i w ogóle – że są chorzy, nienormalni i powinni się leczyć, bo na świecie „nie ma miejsca dla takich jak oni”. Gdzie w tym wszystkim jest tolerancja i poszanowanie wyboru drugiej osoby?

O ile na temat gejów i lesbijek każdy ma pewnie wyrobione zdanie i argumenty strony przeciwnej słabo do niego trafiają, to ciekawiej wygląda kwestia zawierania związków małżeńskich czy też adopcji. Gdy dochodzimy do tego problemu, granice tolerancji, jakiekolwiek nie byłyby wcześniej, dla zdecydowanej większości społeczeństwa zacierają się, a ich miejsce zajmuje stanowczy sprzeciw. Z pomocą osobom homoseksualnym nie przychodzi prawo – Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej stanowi w art. 18, że małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Chcąc poślubić ukochaną osobę, pary homoseksualne muszą udać się za granicę, do kraju, w którym liberalniej podchodzi się do tego problemu. Rodzi się pytanie, czy taki ślub jest tak naprawdę do szczęścia potrzebny? Czy nie da się żyć bez niego? I z drugiej strony pytanie o to, komu tak naprawdę on przeszkadza i dlaczego katolicy tak bronią czystości tego sakramentu? Zainteresowanych tematem odsyłam do odpowiedniej lektury.

Rozważając temat małżeństwa, rodziny, nie sposób uciec od pytania: a co z adopcją? Czy lepiej, by dziecko wychowywało się w rodzinie homoseksualistów i „zaraziło się chorobą”, miało „spaczony” obraz rzeczywistości, czy też by zostało skazane na dom dziecka, gdzie szanse normalnego rozwoju też nie są obiecujące. Analogicznie, czy gorzej wychowywać się z dwoma mamami lub tathomo2-pleskami, czy też tylko z jednym rodzicem? Rodzina lub jej brak. Miłość lub odrzucenie. Ciężki wybór.

Czy polskie społeczeństwo dorosło do tego, by osoby homoseksualne traktować jak równych sobie? Dać im prawo do ślubu, adopcji, publicznego okazywania uczuć, ich manifestacji? Moim zdaniem nie. I nic nie wskazuje na to, iż miałoby się to zmienić. Przynajmniej do czasu, aż wypowiadane przez nas deklaracje nie będą tylko pustymi słowami.

Dodaj komentarz