Apocaliptica Diary – dzień 0

Piotr Semeniuk

Dzień 0                                                                                                                    A.D. 2013

Minął ledwie rok od tego, rozpowiadanego przez wszystkich proroków, końca świata. Nie mogę zarzucić im kłamstwa, mieli rację. Świat, który znaliśmy i kochaliśmy przepadł i, jeśli miałbym wróżyć, już nie powróci. Mnie udało się ocaleć od katastrofy, która spotkała naszą planetę, lecz nie wiem, czy ktokolwiek inny przeżył. Co dzień od czasu, gdy znalazłem ten, pamiętający zapewne drugą wojnę, bunkier, zadaję sobie pytanie: zostać tu gdzie jestem czy wyruszyć na poszukiwanie innych? Zostanie i życie wydawałoby się może egoistyczne wobec rozmiaru tragedii, która nastąpiła. Bo a nuż znalazłbym kogoś, kto także żyje, ale nie ma sposobności na przeżycie w tym świecie, ze względu na brak miejsca, kryjówki przed tymi, których spotkał los gorszy od samej śmierci. Niemniej, szukając innych, sam pewnie znalazłbym zagładę. Ledwie wczoraj, kiedy przez zasnute pyłem niebo, przedostały się pierwsze promienie słońca, wyszedłem po wodę i coś nadającego się do jedzenia. Wy którzy znajdziecie ten dziennik, pomyślicie pewnie, że czystą głupotą było picie tej wody i jedzenie wszelkich znajdujących się tu owoców czy mięsa zwierząt. Możliwe. Niemniej stojąc przed wyborem śmierci z wycieńczenia po paru, parunastu dniach, a śmierci z zainfekowania nieznanymi mi wirusami i choroby popromiennej, wybiorę tę drugą. Zawsze da mi to parę lat, a może ktoś mnie znajdzie i poda antidotum? Nie łudzę się jednak. Cud, że ktokolwiek jeszcze przeżył jest niczym względem cudu, że przetrwały jakiekolwiek medykamenty, które mogłyby mi pomóc. O ile oczywiście istniały przed tą apokalipsą. A jeśli tak, to są dobrze ukryte na terenie Stanów Zjednoczonych, podczas gdy ci, którzy je tam ukryli, właśnie rozkładają się w domach, w których zastała ich śmierć. Ale po co się o tym rozpisywać. To już wszyscy wiedzą. Także wczoraj udałem się nad oddaloną o niecałe pięć, a może sześć kilometrów rzekę. Za starych dobrych czasów nie było jej tutaj. Niemniej liczne bombardowania powysadzały wały przeciwpowodziowe i wskutek nagłych powodzi, które nawiedziły nasz kraj później powstała nowa rzeka. Jest w miarę czysta, choć nie mogę nazwać jej krystalicznie czystą. Ale jeżeli w wodzie coś żyje, musi ona choć trochę nadawać się do picia. Pech chciał jednak, że nie tylko ja wybrałem się wtedy nad wodę. Nieszczęśliwie spotkałem także żabę. Szczęśliwie dla mnie to ja zobaczyłem ją pierwszy, a nie odwrotnie, bo wtedy ten dziennik nigdy by już nie powstał. Dobrze, że nie była także bardzo spragniona, głodna czy wręcz chętna do kąpieli, bo paręnaście minut później oddaliła się. Spotykałem już żaby wcześniej, zaraz po ataku, ale żadna z nich nie wywołała u mnie takiego przerażenia jak ta. Nie owijając w bawełnę, miejsce w którym mieszkałem, wg liczników Geigera, należało do najbardziej skażonych. Cóż, z mojego punktu widzenia było to dobre. Przynajmniej nic nie powinno mi zagrozić na tym terenie. Niemniej wtedy zrozumiałem jak bardzo się myliłem. Żaby nie robiły sobie nic z promieniowania! Od teraz muszę być ostrożniejszy, żeby te stwory nie odnalazły mojej kryjówki, bo będzie to mój ostatni dzień na tej planecie. Ale skoro sobie poszła, mogłem wrócić do czerpania wody. Wyciągnąłem około pięciu litrów tego życiobiornego płynu, po czym udałem się w stronę lasu, gdzie wypatrzyłem sobie wcześniej jagody. Całe szczęście były w miejscu, gdzie je wcześniej widziałem. Zerwałem tak z trzy, żeby się nie przedźwigać i ruszyłem drogę powrotną. Już bardziej ostrożny, postanowiłem odpuścić sobie krótszą drogę koło rzeki, i wybrałem tę dłuższą, przez miasto. Było tu jeszcze rok temu, tętniące życiem. Dzisiaj to jedynie gruzy, w których zakopane są moje wspomnienia. Oraz przyjaciele. Pokonywałem te aleje i ulice setki razy, już po ataku, i właściwie nic się nie zmieniało. Bo już gorzej się nie dało, a lepiej nie miał kto. Także idąc wczoraj przez ulicę Strzelną, zauważyłem ciekawe zjawisko. Otóż na samym końcu ulicy, tuż obok niegdysiejszej stacji benzynowej tkwił częściowo wbity w ziemię samolot. Nie był to ani żaden z pasażerskich Jumbo Jetów, ani wojskowych myśliwców. Na moją wiedzę, która w kwestii lotnictwa nie jest zbyt rozległa, była to cywilna Cessna. Ostrożnie podszedłem do kokpitu tylko po to, by ujrzeć zwłoki pilota. Był to bardzo młody mężczyzna, można by powiedzieć jeszcze, chłopak. Miał na sobie skórzaną kurtkę i ciemne okulary niczym Tom Cruise w Top Gun. Może myślał, że nim jest? Szybko spojrzałem także na kontrolki, a szczególnie na tę wskazującą poziom paliwa. Ewidentnie pokazywała jego brak. Widać podobnie jak ja zdołał przeżyć i znalazł porzucony samolot. Udało mu się wystartować z myślą, że doleci do miejsca, gdzie będą ludzie. To okrutne, ale dobrze, że zginął w ten sposób, bezboleśnie. Nawet gdyby udało mu się dolecieć gdzieś, gdzie mógłby wylądować, jego nadzieja prysłaby jak mydlana bańka i umarłby z głodu albo rozszarpany przez dzikie zwierzęta. Bo tam, gdzie leciał nie było nic, najwyżej żaby. Przeglądając wrak samolotu, znalazłem także torbę wypakowaną niemal po brzegi, zapewne jego jedyny dobytek, a także kanister benzyny, którego nie udało mu się zużyć. Zabrałem więc jedno i drugie, bo mnie się bardziej przyda. Zmówiłem krótką modlitwę za chłopaka i poszedłem. Nie żebym był wierzący, straciłem wiarę już dawno. Ale jeśli on wierzył, to należało się mu. Zwłaszcza, że nie mogłem uczynić mu nawet pochówku. Nie miałem czasu ani łopaty. Po powrocie do kryjówki wylałem wodę do przefiltrowania, a jagody włożyłem do lodówki. Z przyzwyczajenia, bo i tak nie działała. A potem rozpakowałem rzeczy Lotnika. Znajdowało się tam trochę ubrań, parę leków, jakiś pistolet, zdjęcia i co najlepsze, dziennik. Czysty, nie zapisany. W sam raz dla mnie by zabijając nudę, nakreślić odrobinę moją sytuację tutaj. Moje memento dla tych, którzy odnajdą moje szczątki. Niemniej wolałem zostawić to na dziś, by wypocząć po ciężkim dniu i z czystym umysłem przedstawić relację z postapokaliptycznego świata. Nie wiem, który jest dzisiaj dzień, bo już dawno straciłem rachubę. Dlatego nazwę dzisiejszy dniem zero. Dniem Początku roku 2013.

Dodaj komentarz