Wroclove welcome to

A.B.

Dlaczego w tytule użyłam takiej nazwy naszego wspaniałego miasta studenckiego, mimo że mnie ona irytuje i kojarzy się z polem „lokalizacja” na portalu fotka.pl ?

Zacznę od tego, że pochodzę z województwa łódzkiego. Jednak coś nakłoniło mnie, aby zrezygnować z komfortu studiowania w pobliżu domu rodzinnego, skąd mogłabym czerpać zapasy żywności, poświęcając na podróż zaledwie 50 minut. Jak wiadomo, Łódź to fabryczne miasto. Przy tamtejszych ulicach dostrzegam jedynie depresyjnie szare budynki, a wiele ogólnopolskich wydarzeń kulturowych wydaje się omijać to miejsce szerokim łukiem. Mieszkając w Łodzi, przydatną umiejętnością jest sprawne lawirowanie pomiędzy preferencjami sportowymi miłych panów w dresach. Bywają jednak sytuacje, że ani odpowiedź „za ŁKSem”, ani „za Widzewem” okazuje się nie być poprawna.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy przyjechałam do Wrocławia z pierwszą porcją rzeczy do przewiezienia. Już na dworcu kolejowym znalazły się osoby same proponujące mi pomoc przy wyniesieniu walizki. Podobnie było w tramwaju. Nawet panowie sprawdzający skasowane bilety okazują się być bardziej wyrozumiali. Oczywiście, w dużym mieście obowiązkowo znajdują się stare opuszczone fabryki. Jednak tutaj nie dominują one nad pozostałymi konstrukcjami, są wręcz ukryte na obrzeżach i trzeba trochę poszukać, aby takowe tu znaleźć.

Nie chcąc wyidealizować tytułowego miejsca, muszę wspomnieć o zdecydowanie wyższych cenach zarówno pokoi, jak i jedzenia. Chodząc w nocy po nieznanej okolicy, możesz również spotkać przyszłych właścicieli Twojego telefonu, mimo że nie miałeś w planach oddać go komukolwiek.

Znajdziemy tu także urocze chodniczki wykonane z kostki. Przyjemne jest to tylko dla oka, gdyż każde obcasy po godzinnym wbijaniu się w szczeliny między tymi szarymi kamiennymi kwadracikami nadają się do naprawy. Jednak bez tego ucierpiałby klimat Rynku. Poza tym, trzeba na coś ponarzekać. Pamiętajmy, że stolica Silesii znajduje się w Polsce, więc idealnie być nie może. Ale jest blisko… do utopijnego miejsca, jak i każdego punktu w granicach miasta.

Skoro wspomniałam o chodniku, warto opisać ulice. Rześki wzrok każdego studenta w piątek rano (jak i każdy inny dzień) jest w stanie zauważyć anarchię panującą nad ruchem drogowym. Czerwone światło wydaje się nie obowiązywać samochodów, a piesi wiedzą, że wbieganie na pasy, gdy świeci stojący ludzik, uprawdopodobni im zdążenie na tramwaj lub jedynie usłyszenie „dzień dobry” ze strony funkcjonariuszy. Do ulubionych zajęć niektórych przechodniów należy również chodzenie na skos przez skrzyżowanie, oczywiście spacerowym krokiem z lekką dozą elegancji.

Sąsiedzi też są wyrozumiali. Nie przeszkadzają nam pukaniem w kaloryfer o północy, gdy właśnie nachodzi nas chęć odkurzania lub robienia karaoke. Ci z dołu nawet remont zrobili jakby specjalnie dla nas, wynosząc deski przydatne nam do konstruowania grilla na tarasie składającym się z okna balkonowego i barierki. Ale atrakcja dla gości musi być, a mam ich tu sporo, bo każdy jest sympatyczny. Łatwo więc poskromili moją tęsknotę za znajomymi z liceum.

Dzięki licznym koncertom, klimatycznym klubom i wydarzeniom poświęconym sztuce, wrocławscy studenci nie muszą borykać się z dotkliwym problemem nadmiaru gotówki oraz braku możliwości jej spożytkowania. Bezcenny wręcz jest ten spokój ducha w nocy, gdyż zdążyliśmy wydać ostatnie pieniądze na bilety tydzień przed końcem miesiąca.

Do sedna. Dlaczego Wroclove? Bo emituje przyjemne ciepło. Jest tu miło, a pomocna dłoń przypadkowych przechodniów wywołuje reakcję łańcuchową.

Dodaj komentarz