WORK & TRAVEL – pro i contra

Dominika Majcher

Przez ubiegły rok akademicki tworzyłam na łamach „B.e.s.t.a” serię artykułów o tanim podróżowaniu. Zabrakło mi jednak czasu na opisanie tak znanego programu, jakim jest „Work&Travel”, a z całą pewnością mieści się on w definicji, jaką się kierowałam, opisując poszczególne sposoby na zwiedzanie świata za niewielkie pieniądze: „Jak mieszkać pod różnymi szerokościami geograficznymi, poznawać żyjących tam ludzi, ich radości i troski, a nawet pomagać im w miarę swoich możliwości? I to wszystko, gdy studencka kieszeń nie wytrzyma długo ceny obcego chleba..?”. Tymczasem było mi dane zweryfikować na własnej skórze i ten sposób na podróżowanie. Przyjrzyjmy się, czy to, do czego przekonują nas liczne biura pośredniczące w takich wyjazdach, ma dużo wspólnego z prawdą.

„Work and Travel” to praktycznie jedyne rozwiązanie dla osób chcących w czasie studiów odwiedzić USA, a nie posiadających tam rodziny / przyjaciół / miejsca na uczelni i innych sprzyjających okoliczności. Program ten umożliwia krótki (w domyśle: wakacyjny) pobyt w USA na bazie specjalnej studenckiej wizy J1. W czasie jednych wakacji można podjąć tam legalną pracę (stąd „Work”), a później w domyśle wydać ją na zwiedzanie (naturalnie „Travel”). Na stronie amerykańskiego Departamentu Stanu widnieje piękny i szlachetny opis misji, jaką niesie możliwość takiego wyjazdu, oferowanego nam przez rząd Stanów Zjednoczonych. Brzmi ładnie, ale bądźmy szczerzy – wyjazd ten dotyczy zwykłej pracy zarobkowej, a cała forma ma po prostu ją umożliwić. Bo gdyby nie przynosiło to większej korzyści stronie amerykańskiej, zapewne program nie istniałby.

BE HAPPY!

Do niewątpliwych zalet wyjazdu należy możliwość odwiedzenia światowego mocarstwa, jakim bezsprzecznie wciąż są Stany Zjednoczone (dyskusja na ten temat to miejsce na osobny artykuł, a paradoksalnie pobyt „u źródła” nie wnosi tu zbyt wiele, lecz tylko sprawę komplikuje). Trudno założyć, że większość z nas na własną rękę, bez wielkich oszczędności i znajomości mogłaby, np. przez miesiąc, jeździć po Dzikim Zachodzie. Samo już życie w USA, praca, kontakt ze „zwykłymi” ludźmi oraz całym międzynarodowym towarzystwem, jakie na czas lata zwykle przybywa za Atlantyk jest sporym doświadczeniem i niebanalną przygodą. Na stronie jednego z polskich biur oferujących spędzenie wakacji w USA, znaleźć można taką listę innych korzyści płynących z udziału w programie:

  • TRAVEL – możliwość podróżowania i zwiedzenia najciekawszych zakątków USA, Kanady, Meksyku i innych miejsc,
  • FRIENDSHIP – poznanie ludzi z całego świata i nawiązanie międzynarodowych przyjaźni,
  • HOLIDAY – oryginalny i świetny sposób na spędzenie wakacji,
  • CULTURE – poznanie kultury i obyczajów Stanów Zjednoczonych,
  • EXPERIENCE & MONEY – zdobycie cennego doświadczenia u amerykańskich pracodawców i możliwość zarobienia pieniędzy,
  • SHOPPING – atrakcyjne i tanie zakupy w Stanach (sprzęt elektroniczny, markowa odzież itp.),
  • LANGUAGE – polepszenie znajomości języka angielskiego poprzez codzienne obcowanie z tym językiem,
  • ADVENTURE – niepowtarzalna przygoda, gdyż tylko tak długo jak jesteś studentem, możesz wziąć udział w W&T,
  • UNFORGETTABLE TIME – niezapomniane przeżycia, wspomnienia na zawsze!

IN THE MIDDLE OF NOWHERE

Brzmi nieźle, prawda? Niestety, w żadnym biurze nie informują o kilku ważnych, acz drażliwych sprawach. Po pierwsze, żeby w ogóle wziąć udział w programie, należy zapłacić kilka obowiązkowych i niepodlegających dyskusjom opłat. W zależności od biura oscyluje to pomiędzy 1500zł a 3000zł. Najtańsze nie znaczy tu najgorsze, jednak droższe oferty zwykle gwarantują bardzo profesjonalną obsługę polskiej strony, czyli naszego biura „wysyłającego”. Nie da się tego powiedzieć o stronie amerykańskiej. Zwykle jest to organizacja, która pośredniczy w formalnościach wizowych między nami (lub reprezentującym nas biurem), a rządem USA. Niestety w tym miejscu jej rola się kończy, a za tę „przysługę” liczy sobie ok. 800 USD! Niestety, tej absurdalnej opłaty nie można ominąć, oczywiście o ile bierze się udział w tym konkretnym programie. W teorii fundacja gwarantuje stałą opiekę i reprezentację wobec pracodawcy, a w praktyce… w moim przypadku ograniczyło się to wymiany kilku drażniących maili, braku jakiejkolwiek wiedzy merytorycznej i prawnej. Warto wspomnieć, że mój amerykański pracodawca był równie niezadowolony z tej „współpracy”, jak i uczestnicy programu.

Podsumowując, już na starcie należy sporo zainwestować, zakładając, że planujemy zarobić na to w USA. Tymczasem jest to myśl dość złudna… Naturalnie wiele zależy od konkretnej sytuacji – jaka jest wysokość naszej godzinowej stawki, ile dostaniemy za ewentualne nadgodziny, jak długo będziemy pracować. Pamiętajmy jednak, że w USA musimy jeszcze się utrzymać, a mimo że codzienne życie jest tam nieco tańsze (choć mity o żywności za dolara nie są do końca potwierdzone, chyba, że nasze zdrowie nam niemiłe), generuje ono pewne koszty stałe, niemożliwe do uniknięcia. Sytuacja mieszkaniowa jest identyczna – w zależności od pracodawcy, możemy poszukać czegoś na własną rękę lub zaakceptować jego wybór, ale zwykle płacimy my. Po odjęciu kosztów przedwyjazdowych i wydatków na życie powinno zostać coś na obiecane podróże… W tej sytuacji kluczowe okazuje się pewne zapomniane mikroekonomiczne pojęcie. Mowa o „koszcie alternatywnym”. Warto zdać sobie sprawę, że nie można mieć wszystkiego i potraktować taki wyjazd jako inwestycję. Dlatego musimy zdecydować: albo chcemy po prostu pojechać do USA, albo jeszcze coś zobaczyć / doświadczyć / ewentualnie kupić. Specjalną opcją jest wyjazd na Alaskę, wybierany przez wielu Polaków. Jest to decyzja kontrowersyjna. W szybkim czasie (ok. 6 tygodni, a więc połowa standardowej części „Work”) można zarobić tam wystarczająco dużo, aby także część druga była udana. Niestety, jest to okupione dużym poświęceniem, gdyż praca przy przetwórstwie rybnym (a do tego się to zwykle sprowadza) nie należy do najprzyjemniejszych.

Nie miejmy złudzeń, także klasyczna praca nie jest posadą w żadnym wieżowcu. To zwykle wakacyjna praca dorywcza, choć naturalnie zdarzają się wyjątki. W dodatku zwykle mieści się w miejscach, które odżywają w sezonie, a więc uroczych, ale na dłuższą metę przeraźliwie nudnych kurortach czy małych miasteczkach, położonych z dala od jakiejkolwiek cywilizacji. Wyrwanie się na weekend na fajną wycieczkę jest więc wyzwaniem, a należy mieć na uwadze amerykańskie odległości i fatalną komunikację publiczną. Dobrym rozwiązaniem jest tu wypożyczenie auta, ale zwykle wymaga to posiadania pewnej odłożonej sumy, grupy ludzi chętnej do dzielenia kosztów oraz co najmniej jednego kierowcy z ważnym międzynarodowym prawem jazdy (polecam jego wyrobienie już wcześniej, jest to bardzo proste, a przydatne). Ze względu na to sugeruję wybór takiej lokalizacji, która pozwoli na osiągnięcie choć jednego ciekawego miejsca w przeciągu 1,5 godziny. Chyba że na takim, jak mawiają Amerykanie, „middle of nowhere” nam zależy, ale to już osobista decyzja.

Z drugiej strony nikt nie skazuje nas na pracę na zmywaku, więc jeśli przy okazji chcemy po tych wakacjach mieć bogatsze CV, postawmy na ciekawą ofertę. Wszystko zależy po prostu od naszych potrzeb. Pewną elastyczność daje znalezienie pracy na własną rękę (tzw. opcja „SELF”, w biurach dodatkowo tańsza), ale polecam to osobom, które już w Stanach były. Zawsze warto wykorzystać pobyt na znalezienie czegoś na kolejne wakacje, choć należy uważać na nielegalną pracę. Wówczas co prawda unikniemy ww. opłat za pośrednika, ale nie będziemy mieć gwarancji np. stałej stawki godzinowej.

Na koniec chcę rozwiać kluczowy mit o „Work & Travel”. W żadnym wypadku nie jest to wyjazd zarobkowy! Jeśli ktoś ma takie plany polecam Anglię, lecz nie USA. Tak naprawdę udział ma sens, jeśli chcemy skorzystać z tego wyjazdu. Zarobić można wszędzie i to mniejszym kosztem.

Na pytanie: „Jechać?” muszę jednak odpowiedzieć: „Tak!”. Wyjazd na „Work & Travel” może być bowiem zarówno ogromnym rozczarowaniem, jak i fantastycznym przeżyciem. Tylko od nas zależy, jak będzie w naszym przypadku. Dlatego warto pozbawić się pewnych złudzeń już na początku, podejść do sprawy realistycznie, ale i ambitnie, a w praktyce odpowiedzieć sobie jeszcze w Polsce na poniższe pytania:

1)      Co jest dla mnie ważniejsze: rodzaj czy miejsce pracy? Chcę móc pochwalić się ciekawym doświadczeniem w CV, czy może mieszkać na Manhattanie?

2)      Z kim jadę? Z kim chcę mieszkać, podróżować? Czy dana osoba / osoby mają podobne preferencje np. dotyczące „travel”?

3)      Jaki jest cel mojego wyjazdu (chcę zarobić, pozwiedzać, kupić, pobawić się?)

4)      Wolę pracować ciężko, ale szybciej skończyć pracę czy może ambitniej (lub standardowo), ale czasochłonnie?

5)      Ile muszę zapłacić, ile chcę wydać, co chcę zobaczyć?

6)      Ile „work”, a ile „travel”?

Dla mnie pobyt w Stanach był dużą dawką przyjemności, opartej na licznych podróżach i kontaktach ze wspaniałymi, fascynującymi ludźmi. Przy okazji udało mi się znaleźć ciekawą i dochodową pracę, w dodatku w samej Filadelfii, a więc w jakiś sposób połączyć przyjemne z pożytecznym. Tylko od Was zależy, jak spędzicie takie wakacje, ale ważne, żebyście nie żałowali. Polecam!

2 myśli na temat “WORK & TRAVEL – pro i contra

  1. Hej ;)) bardzo ciekawy, obszerny artykul. Ja wraz z chlopakiem chcemy wyjechac na w&t w przyszle wakacje. Oczywiscie nie nastawiamy sie na przywiezienie fortuny, chcemy zarobic zeby pozwiedzac i kupic pare drobiazgow;) zapewne jak kazdy wyjezdzajacy po raz pierwszy mamy mnostwo obaw, dlatego zeby w jak najwiekszym stopniu zniwelowac stres zwiazany z podroza i samym pobytem juz teraz duzo czytamy i poznajemy doswiadczenia innych osob. Dla mnie chyba najwiekszym wyzwaniem bedzie wybor odpowiedniej pracy. Wiadomo ze fajnie pracowac w jakims przyjaznym miejscu i w milej atmosferze. Biura oferuja przeroznych pracodawcow, ale nikt nigdy szczerze nie powie „tu jest ok, a tam na pewno nie jedz”
    Jesli moge spytac, gdzie pracowalas podczas swojego pobytu? Na czym polegala twoja praca? I co zwiedzilas podczas tripu?
    Pozdrawiam cieplo ;))

  2. Ja JADĘ z One Globe Travel 🙂 fajne te Twoje pytania dookreślające myślę ze to wszystko prawda, potem ludzie się dziwsia żew nie zarobili kokosów a trzeba po prostu dobrze określić cele 🙂 ja przede wszystkim chcę zwiedzać! 😀

Dodaj komentarz