Święty śnięty

M.

santa2Temat oklepany. To, że święta są nudne, komercyjne, że tak naprawdę nikt ich nie lubi, wszyscy tylko kryją się pod pozorem zachowania tradycji (przy czym nie oznacza to szacunku dla niej) – to już wszyscy wiemy. Magia Świąt – hmm… może kiedyś jakaś magia w tym była, ale teraz… Przecież jesteśmy racjonalistami, kto by w magię wierzył?

Kto? Dzieci. Przy czym, gdyby tak definiować ”dziecko”, jako: „osobnik, który nieskalany jest beznadzieją tego świata, który na wszystko patrzy z dziecięcą (tak wiem, ignotum per ignotum1) ufnością, wierzy, że ludzie są z natury dobrzy, że świat nie jest zły – bo dlaczego miałby być?” – obawiam się, że średnia wieku tak definiowanej jednostki drastycznie by spadała. A im dalej w las (tu: przyszłość) – tym szybciej. Już obecnie dziecko w przytoczonym rozumieniu jest uznawane za gatunek zagrożony wyginięciem, o ile nie już wymarły. Co do tego doprowadziło? Jak to cochatka? Postęp, komercja, ludzka zachłanność, zazdrość… Bo jak to tak? My we wszystkim dopatrujemy się tego złego, a dziecko ma być zadowolone z życia? Nie ma mowy! Niech zobaczy świat takim, jakim naprawdę jest. A jest zły, bezbarwny, pozbawiony sensu i magii. Tragedia w trzech aktach. Narodziny, Życie, Śmierć. I na co to wszystko?

A teraz co? Zbliżają się Święta. Dzieci powinny słać listy do Św. Mikołaja. Przynajmniej „za moich czasów” tak się robiło. A i owszem, knuło się liczne sztuczki, jak tu przyłapać Mikołaja, gdy podkłada prezenty grzecznym dzieciom (a im bliżej Świąt, tym poziom grzeczności gwałtownie wzrastał; pamiętam jak wspólnie z rodzeństwem zawieraliśmy chwilowy pakt o zaprzestanie walk zbrojnych na ten okres). Nie wiadomo, kto puścił plotkę, że Mikołaj nie istnieje, że to tylko bajka… Niebywała zuchwałość! Fakt, nawet średnio ogarnięte dziecko zorientuje się, że coś tu jest nie tak – dzieci w końcu nie żyją tylko w najbliższym sąsiedztwie. Roi się od nich na całym świecie i każdemu marzy się jakiś prezent pod choinkę. Jak więc wszystkich obskoczyć w tak krótkim czasie? Jest rozwiązanie! Magiczne sanie! Z Rudolfem na czele. Z takim napędem nikt Mikołaja nie prześcignie. Tak więc wierzyło się. Krócej lub dłużej, ale się wierzyło. A teraz?

Obecnie Mikołaja spotykamy na każwnętrzedym rogu. Od końca listopada począwszy. I żeby jeszcze jakoś porządnie się przebrał. A gdzie tam! Stoi takie kościste coś, broda zsuwa się z gumki (o ile w ogóle jest), zero przeszywającego głosu (jedyne co nas przeszywa to beznadzieja sytuacji) i zbiera kasę na ”nie wiadomo co” lub też rozdaje… nie, nie prezenty – ulotki. Nawet najmniej ogarnięte dziecko wyczuje, że coś tu nie gra.

Nie lepiej jest w prawdziwej krainie Mikołaja. Ileż bym kiedyś dała, żeby móc odwiedzić tę magiczną postać, spotkać się z Rudolfem, zobaczyć tę krainę śniegiem, elfami, prezentami i magią płynącą… Niektóre życzenia spełniają się szybciej, inne później (a jeszcze inne w ogóle, ale to już inna bajka). Dane mi było odwiedzić wspomniane miejsce w zeszłym roku. I co zastałam? Śnieg – a i owszem, ale niekoniecznie w takich ilościach, jak to sobie wyobrażałam. Zapaść się w nim nie dało. Prezenty – były, były. O ile samemu się je kupiło. Okazji ku temu nadarzyło się sporo – sklepików z pamiątkami co niemiara. Ale ceny – zawrotne. Poczynając od kilku euro za najmniejszy drobiazg, na horrendalnie wysokich sumach kończąc. Czy był Mikołaj? Ano był. Tylko wpierw trzeba się było do niego dostać. Najpierw zapisy. Za 2 godziny możemy się stawić do kolejki. Ok. Mikołaj ceniona persona. Poczekamy. Przyjdziemy. Nie przyjdziemy – możemy się pożegnać z odwiedzinami. Przyszliśmy. Co na nas czekało? Kolejne 2 godziny oczekiwania. Tym razem gorzej, bo trzeba było stać w kolejce, z tłumsklepyem innych osobników, którym również zamarzyło się poznanie „legendy”. Zmęczenie. Irytacja. Zero magii. Pobożne życzenie, by jak najszybciej mieć „to” już za sobą. Wreszcie. Doczekaliśmy się. Dziewczyna przebrana ze elfa, mojego wzrostu, zaprasza nas do środka. Tutaj szybko, poganiają nas. Szybciej, szybciej, inni też czekają. Rozsiadamy się wokół Mikołaja. Zamieniamy kilka słów (nawet po polsku!). Pstryk. Jest zdjęcie. Uciekamy. Teraz możemy kupić fotkę. Tanio. Kilka euro najtańsza. No, ale jak to, przyjechać taki kawał drogi i nie mieć zdjęcia? Kupujemy. W końcu sami zdjęć robić nie możemy (zakaz!).

Przez tę całą komercję, która objęła także dom Św. Mikołaja czuję lekkie rozczarowanie. Tak zbezcześcić moje dziecięce marzenie! W imię czego? W imię zysku! Czy więc jest prawdą to, czym straszą dorośli? Świat pozbawiony jest magii? Wszystko to czysta komercja, a dziecięce marzenia są tylko objawem jakiejś wady mózgu, którą („na szczęście”) czas i „życzliwość” innych leczy? Czy rzeczywiście szary, nudny świat jest o niebo lepszy niż wiara w to, co magiczne…?

1 ”nieznane przez nieznane”, wyjaśnianie pojęcia przez inne, nieznane pojęcie (a co, trochę nauki też trzeba przemycić nawet w felietonie;))

Dodaj komentarz