Apokalipsa niedokonana

Marcin Świerkot

Panie i Panowie, stało się! A właściwie, to się nie stało. O czym mowa? O III wojnie światowej, a co! Gratuluję wszystkim. Przetrwaliśmy 10 listopada. Nasza piękna uczelnia nie zamieniła się w kupkę gruzów pełną poatomowych mutantów. Chiny nie podbiły świata. USA nie wypuściły z tajnych lotnisk nowych modeli hiperbombowców-trzy-tysiące niewykrywalnych przez najczulsze radary, a nawet babcie siedzące dwa-cztery na dobę w oknach. A Rosja nie rozczłonkowała całego świata jedną wielką bombą atomową, która, choć pozbawiona finezji i wyrafinowanego smaku, wykazałaby się wielką efektywnością. No i ja, skromny student, nie spełniłem swojego marzenia – postrzelania sobie z takiego M-16, na ten przykład. Jednym słowem – nie stało się nic specjalnego. A miało się tyle dziać!

Wszystko zaczęło się w małej mieścinie pośrodku niczego – Strumnicy, dnia 31 stycznia 1911 roku. Właśnie wtedy urodziła się Baba Wanga. (Dla tych, którzy patrząc na jej imię i nazwisko sądzą, że rodzice ją skrzywdzili – ciekawostka – tak naprawdę imię nadał jej przypadkowy przechodzień. Swoją drogą niezły sadysta z niego musiał być.) Pozwolę sobie skrócić jej kolorowy życiorys do ignoranckiego „ble ble ble” i przechodzę do sedna: otóż nasza Baba była jasnowidzem i mistykiem. No i przepowiedziała ona początek III wojny światowej właśnie na 10 listopada 2010 roku. Powiało trochę mrokiem, nie? No właśnie – nie! Bo dziesiąty już był i nic się nie stało. Jakaś tam bomba gdzieś wybuchła i tyle. Pic na wodę, fotomontaż.

koniec_swiataJednak to nie koniec tego wywodu, bo ma on (wbrew pozorom) jakiś głębszy sens (a przynajmniej mam taką naiwną nadzieję). Przytoczyłem to wszystko, żeby ukazać jedną, trochę smutną dla mnie prawdę. Bo oto doszliśmy do punktu w naszej cywilizacji, gdzie zarżnęliśmy mistykę i magię „naukową piłą mechaniczną”. W poprzednich akapitach perfidnie naśmiewałem się z przepowiedni, bądź co bądź, cenionej mistyczki (u Baby był sam car Bułgarii Borys III). I czy to kogoś zbulwersowało…? Szczerze wątpię. Bo takie podejście jak moje jest jedynym możliwym w dzisiejszych czasach. Czasach, w których wszystko wiemy i wszystko mamy przeanalizowane. Czy to dobrze? Pewnie tak. Jednak ja osobiście nie potrafię oprzeć się delikatnemu ukłuciu smutku i tęsknoty za tą utraconą magią.

Na samym finiszu jeszcze małe sprostowanie co do samej przepowiedni. Może nie wszystko stracone? Albo właśnie wszystko stracone – 10 listopada miała mieć miejsce jakaś drobna prowokacja, która do III wojny światowej ma doprowadzić. I kolejna ciekawostka: Baba Wanga żyła według kalendarza juliańskiego, w którym 10 listopada to „nasz” 23 listopada. Cóż, pozostaje nam więc czekać aż czas bezlitośnie (jak to ma w swym zwyczaju) najprawdopodobniej ukróci głowę kolejnej przepowiedni. Najprawdopodobniej.

P.S. Nawet jakby wybuchła ta wojna, nie macie co się martwić – B.e.s.t. i tak by dla Was pisał. W deszczu, w śniegu czy pod bombardowaniem.

Dodaj komentarz