„Kuba, wyspa jak wulkan gorąca”

Nipartido-comunista-cubam opadła Żelazna Kurtyna, Kuba była bardzo wygodnym elementem propagandy Bloku Wschodniego. Mała wyspa z charyzmatycznym liderem u samej granicy Wujka Sama, czyli siedliska zepsucia i ucisku klasy robotniczej, była dzielnym sprzymierzeńcem Związku Radzieckiego, a do tego miała wesołe, „gorące jak wulkan” oblicze.

Kurtyna opadła, kapitalizm wkroczył do Europy Wschodniej i pozostało niewiele enklaw komunizmu w starej postaci. Nawet Chiny, choć niedemokratyczne, poszły w kierunku wolnej gospodarki. Komunistyczna Partia Chin rządzi, ale nie jest to model stawiający na samowystarczalność, czego dowodzą statystyki handlu zagranicznego (największy eksporter i trzeci importer na świecie).

49 lat dyktatury

Zupełnie innym przykładem do tej pory była Kuba. Fidel Castro nieprzerwanie rządził od obalenia reżimu Batisty (1959 r.). Po Inwazji w Zatoce Świń (1961 r.) Kuba jednoznacznie opowiedziała się po stronie Związku Radzieckiego i nie było już odwrotu od socjalizmu. Nie było aż do dziś. Schorowany Fidel Castro oficjalnie przekazał prawie 3 lata temu po 49 latach rządów stanowisko przewodniczącego Rady Państwa swojemu bratu Raulowi, pozostawiając sobie funkcję pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Kuby. Zwolennicy Spiskowej Teorii Dziejów donosili nawet o jego śmierci.

Lata zastoju gospodarczego sprawiły, że mimo nie najgorszej lokalizacji, klimatu czy posiadanych surowców, PKB per capita mierzone parytetem siły nabywczej stawia Kubę w drugiej setce państw, zaraz za Czarnogórą (źródło: CIA WoldFactbook 2009). Dla turystów jest to jeden z ostatnich skansenów dawnego systemu.

wykress

Czy nadszedł kres starej epoki na Kubie?

Ostatnie doniesienia prasowe świadczą o tym, że tak. Do marca przyszłego roku liczba osób zatrudnionych przez państwo ma spaść o pół miliona, docelowo nawet o milion. Jak to możliwe, że 9% ludności straci pracodawcę? Większość z nich najprawdopodobniej samemu zostanie swoim pracodawcą. U nas to normalne, że taksówkarze, sklepikarze czy rzemieślnicy pracują na własny rachunek. Na Kubie to dopiero nieśmiały krok w stronę wolnego rynku. Zdaniem jednego z kubańskich ekonomistów państwo chce porzucić rolę administratora i stać się regulatorem. Mieszkańcy będą musieli się nauczyć płacenia za lunch czy transport do pracy zamiast korzystania z dofinansowanej kantyny czy fabrycznego autobusu.

Moim zdaniem do najistotniejszych zmian należy koniec z górnym limitem zarobków oraz możliwość zatrudniania osób spoza własnej rodziny. Oznacza to drogę do legalnej akumulacji kapitału w prywatnych rękach i pewnie za jakiś czas większych inwestycji, nie inspirowanych przez urzędnika, a wynikających z realnej potrzeby i kalkulacji najsprawniejszych obywateli Kuby. Kryzys, a w szczególności spadek wpływów z turystyki i niższe ceny niklu, mogą się okazać dla Kuby kluczowym impulsem do zmian.

Trzymajmy kciuki!

Droga z pewnością jeszcze daleka. Pozostaje nam kibicować Kubie i trzymać za nich kciuki, by wyciągnęli wnioski z reform w Polsce, Chinach czy Wietnamie. Nawet jeśli milion Kubańczyków zasili sektor prywatny, to wciąż w budżetówce pozostaną 4 miliony osób, co wciąż jest ogromną liczbą (Kuba liczy 11,5 miliona obywateli). Stara gwardia z Raulem Castro na czele oczywiście stanowczo twierdzi, że system socjalistyczny jest „nieodwołalny”, ale nawet on musi być świadomy, że ten system po prostu nie działa, co potwierdzają jego słowa: „Na zawsze trzeba skończyć z poglądem, że Kuba jest jedynym miejscem na świecie, gdzie można żyć bez pracy”.

Radosław Padło

Dodaj komentarz