Pół kilo miłości made in China – o kreatywności, konkurencji i rozwoju. Rozmowa z reżyserem Erwinem Wagenhoferem.

Erwin Wagenhofer to austriacki reżyser znany przede wszystkich ze swoich filmów dokumentalnych, opisujących najbardziej kontrowersyjne aspekty naszej rzeczywistości. Autor m.in. „Nakarmimy świat” („We feed the world” – 2005) oraz „Zaróbmy jeszcze więcej” („Let’s make money” – 2008). Do Wrocławia przyjechał na zaproszenie organizatorów Planete + Doc Festiwal. Poniższa rozmowa miała miejsce po wyświetleniu jego najnowszego filmu „Alfabet – od strachu do miłości”, przedstawiającego błędy i skutki powszechnego systemu edukacji – oraz możliwe dlań alternatywy. 17 października b.r. film wszedł na ekrany kin studyjnych w całej Polsce.

Małgorzata Wasiak: Podczas spotkania autorskiego wspomniał Pan, że w kręceniu filmów najciekawsze są rzeczywiste działania ludzi, zainspirowanych płynącą z ekranu energią. Od emisji „Alfabetu” minęło zaledwie kilka miesięcy, ale „Nakarmimy świat” oraz „Zaróbmy jeszcze więcej” powstały kilka lat wcześniej. Czy spotyka się Pan z jakimś odzewem ze strony widzów, bądź słyszy o akcjach inspirowanych Pańską twórczością?

Erwin Wagenhofer: Pierwszy film przedstawiający proces produkcji żywności wyemitowano w austriackich i niemieckich kinach w roku 2005, a więc to już dziewięć lat. Obecnie w każdym supermarkecie znajdziemy dział z żywnością ekologiczną – „organic”, wtedy jeszcze zupełnie tego nie było! W Wiedniu otwierają się sklepy z ekologicznym pieczywem, rybami, mięsem, warzywami, jest ich mnóstwo. Oczywiście, film nie jest główną przyczyną działań, ale stanowi jeden z elementów większych przemian.

MW: To pewnie motywuje do kręcenia kolejnych filmów?

EW: Częściowo tak, ale na pewno nie stanowi to mojej głównej motywacji. Robię po prostu to, co czuję. Trochę jak muzyk. Twórcy – bardziej, czy mniej znani – nie siedzą cały dzień, zastanawiając się „co teraz powinienem zrobić, co jest obecnie na topie”. To zupełnie nie tak! Zaczyna się od przeczucia, zainteresowania danym tematem. Produkcja filmu to około trzech lat pracy. W przypadku dokumentu nt. systemu finansowego, termin emisji zbiegł się z wybuchem kryzysu w 2008 r. i upadkiem Lehman Brothers – to był ciekawy zbieg okoliczności. Ale już sam fakt, że kryzys nadszedł, nie było przypadkowe, ani zaskakujące.

MW: Głównym tematem Pańskiego najnowszego dzieła, filmu „Alfabet”, jest ukazanie, jak system edukacji zabija w dzieciach ciekawość świata, kreatywność i jak uczy (tresuje?) je w duchu schematycznego myślenia. Czy istnieje jakiś sposób na naprawienie szkód uczynionych przez system tępiący wszelką formę indywidualizmu?

EW: Dzieci są niesamowite – interesuje je WSZYSTKO. Zbadano, że kilkulatek zadaje dziennie blisko 400 pytań. Następnie takie dziecko jest posyłane do szkoły i… koniec. Dziesięciolatek nie będzie już pytał, bo nauczono go siedzieć cicho. To pokazuje największą wadę naszego systemu szkolnictwa. Standaryzacja: jeden słuszny kierunek, zadajemy pytanie i…?

MW: Jest jedna słuszna odpowiedź.

EW: Dokładnie. A czym jest kreatywność? Ja pojmuję ją na wiele sposobów. Nie chodzi tylko o tworzenie dzieł sztuki. Przydaje się chociażby kiedy gotujemy, czy opowiadamy żarty – kreatywnością można wykazać się na wiele sposobów. To nieodłączna część naszego życia. Każdego dnia, kiedy napotykamy na drodze problem, musimy znaleźć sposób na jego rozwiązanie. W filmie jest scena, w której dwie grupy przechodzą test; świetnie pokazuje ona to, o czym mówię. Dzieci znajdują mnóstwo rozwiązań, dorośli widzą tylko dwa. Cel standaryzacji został osiągnięty. Dlaczego? Ludźmi, którzy widzą jedną drogę dużo łatwiej sterować.

MW: W filmie pokazuje Pan również sylwetkę Andre Sterna – człowieka, który wszystkiego, co umie (a umie wiele!) nauczył się samodzielnie – w domu, rozwijając się w kierunku, który go interesuje. Problem w tym, że zawsze mamy taki wybór; w niektórych krajach homeschooling jest zabroniony, bardzo utrudniony, bądź dostępny jedynie na pewnych zasadach, które nie pozwalają na całkowite odcięcie się od szkodliwego „systemu”. W Polsce na przykład nauka w domu jest dozwolona, zresztą coraz więcej rodziców wybiera tę drogę dla swoich dzieci. Wciąż jednak władze podchodzą do tej formy edukacji z nieufnością, konieczne jest na przykład zdawanie egzaminów mających udowodnić, że dziecko poznaje ten sam zakres materiału i w tym samym czasie co jego rówieśnicy w szkole. Jeden z ekspertów wypowiadających się w Pana filmie stwierdził, że standaryzacja to proces „systematyczny, ale nie celowy”. Patrząc na działania niektórych rządów, nasuwa się pytanie – czy aby na pewno?

EW: Zacznijmy od tego, że rządy wyłaniane są na drodze wyborów: przekazujemy im swój głos poparcia, a oni powinni robić to, czego oczekują ich obywatele.

MW: Powinni” to słowo kluczowe.

EW: Oczywiście, ale na razie mówimy o samych założeniach demokracji. Tak naprawdę władza powinna przychodzić oddolnie. My – suwereni, i kilku(set) wybranych, tworzących prawo. Taka jest idea. Rzecz w tym, że ludzie u władzy są bardzo uzależnieni od ludzi wielkiego biznesu. Było tak też wcześniej, jednak ostatnie 30-40 lat pokazało to jeszcze wyraźniej, przynajmniej w moim kraju. To zresztą ważne, by uczynić ten podział – mogę opowiadać o tym, jak to wygląda w Europie Zachodniej, gdzie mieszkam; Europa Środkowo-Wschodnia ma oczywiście trochę inne doświadczenia. Wy cały czas się rozwijacie, potrzebujecie tego. Wracając jednak do pytania i tzw. ludzi władzy. Lubią oni powtarzać, że nie ma innego wyboru, innej drogi od tej, którą obrali. Ile w tym prawdy? Przecież życie oferuje nieskończoną liczbę alternatyw! Tracisz przyjaciela, bez którego nie wyobrażałeś sobie życia, a już tydzień, miesiąc, może rok później spotykasz kolejnego. Obecnie od kilkudziesięciu lat podążamy jedną drogą, popierałbym ją, gdyby faktycznie czyniła ludzi szczęśliwymi – ale czy naprawdę tak jest? Patrząc na twarze ludzi w wiedeńskim metrze odnoszę zupełnie inne wrażenie.

alfabet plakat

fot. film.wp.pl

MW: Podczas oglądania „Alfabetu” zastanowiła mnie jeszcze jedna rzecz. Pokazuje Pan do czego prowadzi przeniesienie ostrej konkurencji ze świata biznesu do szkół w Chinach i jak niszczy ona dzieciństwo tamtejszych uczniów – i tu zgoda. Później krytykował Pan jednak także samą ideę konkurencji, a do tego mam jednak pewne zastrzeżenia. Mówił Pan o odmiennych perspektywach ludzi z różnych regionów Europy. W Polsce po roku ’89 (a nawet chwilę wcześniej – po tzw. ustawie Wilczka – przyp. Red.) możliwość konkurowania na uwolnionym rynku doprowadziła do szybkiej poprawy warunków życiowych; mówi się, że wyzwoliła energię milionów Polaków. To jak to jest: konkurencja jest zła „z natury”, zawsze i wszędzie czy szkodliwy jest przymus?

EW: W Chinach mamy 1,3 mld mieszkańców, a więc co czwarty mieszkaniec świata ma chińskie korzenie. Mimo to, Chiny nie mają żadnej naukowej Nagrody Nobla. Dostali jedną literacką i jedną pokojową (tu jednak przyczyny były bardziej polityczne). Tyle konkurencji, a zero kreatywności! Mamy znak „made in China”, ale nie „create in China” i to się nie zmienia. Co za to wzrasta? Współczynnik samobójstw wśród nastolatków. Wierzysz w dobroczynny wpływ konkurencji. W porządku, potrafię to zrozumieć. Z drugiej strony, od jakiegoś czasu macie już upragnioną konkurencję, czy rzeczywiście jesteście szczęśliwsi? Na ulicach Wrocławia widziałem mężczyzn prowadzących swoje BMW z miną „patrzcie, ja wam udowodnię”. My to już przerabialiśmy kilkadziesiąt lat temu. Na szczęście, taka postawa wychodzi już z mody. Rozmawiam ze swoimi przyjaciółmi z Polski i niektórzy są załamani skutkami Waszych przemian.

MW: Jakie skutki mają na myśli?

EW: To, że nikt tu nie jest zadowolony. Lepiej było 20 lat temu, codzienne życie było spokojniejsze. Co dała cała ta konkurencja? Jasne, jest Coca-Cola i ubrania ze śmiesznymi znaczkami H&M zrobione przez niewolników na drugim końcu świata. Chłopiec z filmu, ten obwieszony medalami „najlepszego matematyka”, „najpilniejszego ucznia”, czy on wyglądał na spełnionego?

MW: Nie, wydawał się bardzo nieszczęśliwy, ale problem widzę właśnie w tym, że nie miał wielkiego wyboru. Spełniał marzenia matki, nie swoje własne. Mimo wszystko, nadal nie stanowi to dla mnie ostatecznego argumentu „przeciw” samej konkurencji.

EW: To co pozytywnego ona przyniosła w Polsce, czy w Chinach?

MW: Na pewno podniosła ogólny poziom życia.

EW: Cóż to znaczy? To, że mamy iPhony to jest ten wyższy poziom życia?

MW: IPhony to kolejny z etapów. Na początku takie dziecko zyskuje możliwość nauki – ciężkiej, ale mimo wszystko lepszej od jeszcze bardziej wyczerpującej pracy w gospodarstwie, do której zmuszała je wcześniejsza sytuacja. Czy to mało?

EW: Do opisu naszego obecnego położenia użyłbym pewnej analogii: społeczeństwo stoi na rozdrożu i mamy dwie możliwości. Pierwsza z nich, obierana najczęściej, jest moim zdaniem błędna. Ta druga ścieżka, której bym sobie życzył, opiera się na przekonaniu, że konkurencję może zastąpić współpracą. Teraz zakładamy, że zawsze musi być przegrany i wygrany. Rzecz w tym, że to błędne przekonanie. Widać to zresztą także na przykładzie dzieci: jedno będzie biegać szybciej, inne szybciej liczyć, to zależy od dziedziny, którą porównujemy. Dzielenie ludzi na zwycięzców i przegranych to wprowadzanie wojennej terminologii do codziennego życia – zupełnie bez sensu. Inną sprawą jest sytuacja, w której gram na pianinie – lubię to i codziennie ćwiczę, by być lepszym. Ale nie nazwałbym tego konkurencją.

MW: Samodoskonalenie?

EW: Tak, samorozwój. Ale ważna jest motywacja – nie gram dlatego, że znam innego pianistę i chcę być lepszy od niego. A niestety właśnie z taką motywacją, „zewnętrzną”, mamy najczęściej do czynienia. „Polacy są lepsi niż Niemcy” „Rosjanie są lepsi niż Chińczycy”. Pytanie: w czym, i po co w ogóle to porównywać?

alphabet_andre

fot. www.saiten.ch

MW: Takie podejście [to pozytywne] przypomina mi scenę w której Andre Stern (bohater „Alfabetu”) wstaje codziennie o 6-ej rano, by ćwiczyć strzelanie z łuku. Nie dlatego, że przygotowywał się do egzaminu czy zawodów, po prostu dlatego, że to lubił i chciał być coraz doskonalszy. Bardzo inspirujące!

EW: O to chodzi, o samodyscyplinę. Jedna z najważniejszych rzeczy, jedna z niewielu zalet starego systemu edukacji to właśnie przyzwyczajanie ludzi do dyscypliny. Lekcje zaczynają się o ósmej, więc trzeba być o ósmej. Chcesz być dobrym sportowcem – musisz trenować, chcesz coś zbudować – musisz poświęcić temu odpowiednią ilość czasu i energii. To zresztą wada rewolucji lat 60-tych, pozbawienie ludzi autorytetów i poczucie, że dyscyplina nie jest potrzebna, wręcz przeszkadza. To był ogromny błąd.

MW: Z drugiej strony, czy fakt, że w dzieciństwie większość dnia spędzamy na zajęciach zaplanowanych przez innych (nauczycieli, rodziców) nie przyzwyczaja nas do zrzucania odpowiedzialności na innych? Pojawiamy się w szkole nie dlatego, że widzimy w tym sens, ale dlatego, że „kazali”, a za niewypełnianie obowiązków czeka nas „kara”. Może dlatego później, kiedy mamy już większy wpływ na swój plan dnia, kiedy wchodzimy w dorosłe życie, wyznaczanie celów i ich realizowanie okazuje się takie… trudne?

EW: Dobre spostrzeżenie. Chciałbym jednak zaznaczyć, że film nie daje prostej recepty pt. „pozamykajmy wszystkie szkoły!”. Dlatego ukazałem różne historie. Pojawia się i Hiszpan, Pablo Pineda Ferrer, który podąża swoją drogą w ramach systemu edukacji. Czyli jest to możliwe! To pokazuje, że przy spełnieniu odpowiednich warunków, również szkoła może wspierać rozwój. I nie mam tu na myśli tego wzrostu, o którym czytamy w czasopismach ekonomicznych, ale osobistego, kulturowego, intelektualnego rozwoju. Bo tego właśnie świat jest naprawdę spragniony. Ostatecznie, najlepszych rzeczy w życiu nie można kupić. Czy dostanę gdzieś pół kilo miłości? Bez szans!

 

Jedna myśl na temat “Pół kilo miłości made in China – o kreatywności, konkurencji i rozwoju. Rozmowa z reżyserem Erwinem Wagenhoferem.

  1. „Standaryzacja: jeden słuszny kierunek, zadajemy pytanie i…?
    Jest jedna słuszna odpowiedź.”
    Świetny wywiad, tyle prawdy choć temat nie wyczerpany jest wręcz namacalny… Nie tylko w szkole.

Dodaj komentarz